Kolejna sloneczna sobota. Calutki majowy likend swiecilo slonce, bylo cieplo, pilam ginger ale i relaksilam sie na dworze. (no dobra, zrobilam tez pranie). Takze dzis znow bylismy w Eindhoven. Nasza ulubiona miejscowka zakupowa. Panie nabyly laptopa (big deal), ja dostalam "krople mlodosci" :P z Body Shopu (nie dlatego, ze musze, ale dlatego, ze mysle ze musze i ciagle histeryzuje nad ewentualna nowa zmarszczka). Szykuja sie tez nam kolejne zmiany. Czym byloby moje zycie bez zmian? Od ostatnich minely 3 miesiace - za dlugi okres spokoju ... :]
Ale o tym kiedys. PO zmianach :)
Z takich mniejszych to znow mam inny kolor na glowie. Powiedzmy, ze back to the roots, czyli na salony wkroczy marchewa o nazwie mandarin ;) . Ciagle uzywam tonerow Directions wiec uparcie podaje nazwy kolejnych kolorow, gdyby ktos chcial pojsc w me slady i sie pobawic kudlami.
Za 3 tygodnie o tej porze bede juz w Poznaniu . Oby dopisala pogoda, bo chyba serce mi peknie gdy calutki tydzien spedze w moim rodzinnym miescie w strugach deszczu i przy jakichs niskich temperaturach. Nie tak sobie wymarzylam i zaplanowalam, oj nie tak.
Mysle nad popelnieniem posta o kosmetykach, ktorych ja uzywam, bo zrobilam spory progres w tym temacie. Zarowno do wlosow jak i stricte do ryja-pielegncyjnych oraz "kolorowych". Moze byc fajnie. Pobawie sie w dziennikarke Cosmo czy innej Pani Domu. Haj lajf normalnie.
A teraz fociszcza, a co tam.
Tak bardzo bez makijazu i troche wymeczona, wybaczcie, ale wlosy, wlooosy.Nadal mokre.
W sumie, z dupy, bo koszulke tu zakrylam, a jest obledna <3 Wytatuowana pani w bieliznie - oto co przedstawia. Kiedys wrzuce caly set moich ukochanych koszulek. Uwierzcie, mam kilka naprawde takich ach! perełek.
Izabelind w niebieskimi koncowkami.
Powiedzmy, ze to Wilk i Jego bryczka ;)
Na zyczenie Matti :)
:)
Helmond, czekajac na. Wszyscy pala, ja robie zdjecia.
sobota, 4 maja 2013
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Zakupy, zakupy.
Pierwsze wyplaty, pierwsze naprawde cieple, sloneczne dni. Weekendy. Postanowilismy byc nieco rozrzutni i wydalismy mala, horrendalna sumke na rzeczy, ktorych absolutnie nie potrzebujemy, ALE bardzo chcemy. Czasem trzeba-jak to skwitowala moja Mama. Nabylam, droga zakupu, moje wymarzone bikery. Sa powalajace wg mnie.Maja WSZYSTKO. Bede sie w nich kapc i spac i jesc obiady w barze mlecznym w Poznaniu(jak juz tam dolece), chodzic na koncerty, haac w podartych krotkich szortach i za duzych meskich koszulkach. Wszystko w nich bede, bo kocham je namietnie. Wilkowaty natomiast nabyl jedna z tych kurtek, ktore to na amerykanskich filmach, hajskulowi chlopcy, zarzucaja na ramiona swoim hajskulowym dziewczynom, w zimnawe wieczory. Tyle, ze (dzieki bogowie), ze jest to ta opcja bialo-niebieska, ktora mnie odrzuca. ta jest bardzo wilkowa i na taka moge przystac. Spodenki dresowe, tez zostaly nabyte i maja wielka racje bytu, gdyz juz od 3 tyg. dzien w dzien Wilk cwiczy Insanity. Ja zazwyczaj wtedy gram na Jego PS Vicie (huehuehue) lub cos jem.Np:lody. Ale przyznaje, ze jak na Niego zerkamz zazdroscia niejaka, znad lodow, to to Jego Insanity (kurewsko ciezkie) daje swietne rezultaty. Ja pewwie umarlabym po 5 minutach. Jesli tyle bym wytrzymala. Byla tez sobotnia chwila grozy, gdy to zostawilismy CALUTKIE zakupy (za jakeis 500 euro podejrzewam na 4 osoby) w ost.sklepie. Wilk ruszyl rozjuszony z parkingu i dopadl w ostatniej chwili naszych drogocennych toreb. gdyz oto jakis Pan Turek(jestesmy okropni, nzywamy Go tak, bo mial ciemna skore) juz sie przymierzał do naszych skarbow. Dran. Wiec w sumie nie ejst am przykro, niech zostanie tym turasem.Z malej litery nawet. Aktualnie spedzam czas sama jak palc (z laptopem) przed domem, rozkoszujc sie ginger ale, spiewem ptakow i usiluje sie zmobilizowac, zeby isc po pranie, ktore wstawilam zaraz po pracy. Taka jestem Pani Domu. A stad te zrywy niepodleglosciowe/praniowe, gdyz rowno od dzis , dopiero w sobote rano dane mi bedzie ujrzec pozostalych wspolmieszkancow, w tym Wilka. Chodza 5 dni na zmiane popoludniowa, ja jak zawsze na rano i w ten oto sposob, idealnie sie wymijamy. Przebywamy razem w tym samym domku tylko w srodku nocy jakies 2 i pol godziny. Gdy spie.
Jestem tez w ferworze walki, zalatwiania wyjazdu do PL. Czesc zalatwilam, czesc jestem w trakcie, czesc sie buntuje, ale koniec koncow mam nadzieje, ze w koncu szczesliwie dolecimy, pozniej dojedziemy i bedzie to zasluzony mini urlop. Wilk zacnzie swoja wielka przygode z tatuazem, na bogato-rekaw. Bedzie potem reklama oczywiscie, bo to znane i cudowne poznanskie JazzTattoo :) z Marcinem vel Rogalem. Jak to bylo? Najsliczniejsze studio w kraju ;)
Prosze, oto moje rabarbarowe juz teraz wlosy oraz nowe obuwie :)
Takie tam, ze tak fajnie i w ogole.
Tru HC
Tak jechalam na zakupy z rana. Kocham te koszule. Dostalam ja na gwiazdke, a dopiero teraz zalozylam 1 wszy raz. Jest piekna, a ja dziwnie stoje.
<3
Ku mej uciesze pt: Dlaczego Wilki nie nosza cardiganow.
środa, 10 kwietnia 2013
Prywata, zeojessuuu
Panna Tattoocookbook ;) przypomniała mi, ze dawno nic nie pisałam A korzystając z okazji(pusty dom) coś może skrobnę. Jakas prywate?
Cala moja 2 (Mamut, Wilk i Izabelinda - jakie combo :D) poszli dzis do pracy. Jezdza sobie razem i jest super. W końcu moze odkujemy sie finansowo i zacznie sie realizacja, troszke zaniedbanych przez klopoty fin. planow. Zjadlam malutkie sushi, dobilam sie niedobrym ravioli (rozczarowanie bolesne), ogladam katem oka Private Practice w belgijskiej tv (na szczescie nie maja tu w zwyczaju lektorowania czy dubbingowania filmow, leca tylko niderlandzkie napisy).
Wszyscy czekamy na wiosne. Tu taj ruszyla ost. pelna para. Gdy wychodzilam do pracy o bezboznej porze, zwanej inaczej 3.55 nad ranem, caly laspachnial...lasem. Mchem, wilgocia, ziolami, zielskiem, nie wiem..kupa sowy moze nawet. Nie zgaduje co tam bylo, ale kombinacja byla absolutnie cudowna. Moglabym miec taka swiece zapachowa do domu. Mamy tez ost. deszcze, mzawki, grady (czekam na burze), plusowe temp. w nocy, slonce. Na likend przewiduja plus 20!!! Wiec juu-huuuuu. ja sie ciesze jakos bardziej tez tak sama w sobie. Postanowilam jesc troszke lepiej(odstawilam 3/4 coli co pilam....), nakupilam zielonych warzyw, krem Vichy do mordy i wilkowaty ulozyl mi plan cwiczen. Taki akurat, zeby miala sily po pracy. Sam dzielnie walczy z Insanity i widzac jak wyglada taki trening jestem pod kureeewskooo wielkim wrazeniem.
Podetne tez moze kudly, bo coz, nozyczek nie widzialy od ponad roku. Macie moze jakis fajowy sposob na suche koncowki? Bo chociaz od 1,5 roku nie uzylam farby do wlosow(tylko tonery) to jednak co sie przesuszyly to ich... I could use some advice. Macie tu pare bardzo piv. fotek, bo poki co nie mam nic ciekawego do pokazania. Moje priv. tez ciekawe nie sa, ale przynajmniej sa ;)
(jak internet pozwoli...)
Oto Moi i oje wlasne, bardziej niz tu widac, różowe-oczojebne kudly :)
Tu jak widzimy: objawienie fryzjerstwa. Nowy look Wilka jest IDE-AL-NY! Serio, jestem na etapie namawiania Go :>
Takie tam milosciowe.
Kanaly, wilki i rozne takie.
Bede ogladac Amish mafia. Tu bardzo sie wczulismy. Łkam nad brakiem wideł na zdjeciu.
Cala moja 2 (Mamut, Wilk i Izabelinda - jakie combo :D) poszli dzis do pracy. Jezdza sobie razem i jest super. W końcu moze odkujemy sie finansowo i zacznie sie realizacja, troszke zaniedbanych przez klopoty fin. planow. Zjadlam malutkie sushi, dobilam sie niedobrym ravioli (rozczarowanie bolesne), ogladam katem oka Private Practice w belgijskiej tv (na szczescie nie maja tu w zwyczaju lektorowania czy dubbingowania filmow, leca tylko niderlandzkie napisy).
Wszyscy czekamy na wiosne. Tu taj ruszyla ost. pelna para. Gdy wychodzilam do pracy o bezboznej porze, zwanej inaczej 3.55 nad ranem, caly laspachnial...lasem. Mchem, wilgocia, ziolami, zielskiem, nie wiem..kupa sowy moze nawet. Nie zgaduje co tam bylo, ale kombinacja byla absolutnie cudowna. Moglabym miec taka swiece zapachowa do domu. Mamy tez ost. deszcze, mzawki, grady (czekam na burze), plusowe temp. w nocy, slonce. Na likend przewiduja plus 20!!! Wiec juu-huuuuu. ja sie ciesze jakos bardziej tez tak sama w sobie. Postanowilam jesc troszke lepiej(odstawilam 3/4 coli co pilam....), nakupilam zielonych warzyw, krem Vichy do mordy i wilkowaty ulozyl mi plan cwiczen. Taki akurat, zeby miala sily po pracy. Sam dzielnie walczy z Insanity i widzac jak wyglada taki trening jestem pod kureeewskooo wielkim wrazeniem.
Podetne tez moze kudly, bo coz, nozyczek nie widzialy od ponad roku. Macie moze jakis fajowy sposob na suche koncowki? Bo chociaz od 1,5 roku nie uzylam farby do wlosow(tylko tonery) to jednak co sie przesuszyly to ich... I could use some advice. Macie tu pare bardzo piv. fotek, bo poki co nie mam nic ciekawego do pokazania. Moje priv. tez ciekawe nie sa, ale przynajmniej sa ;)
(jak internet pozwoli...)
Oto Moi i oje wlasne, bardziej niz tu widac, różowe-oczojebne kudly :)
Tu jak widzimy: objawienie fryzjerstwa. Nowy look Wilka jest IDE-AL-NY! Serio, jestem na etapie namawiania Go :>
Takie tam milosciowe.
Kanaly, wilki i rozne takie.
Bede ogladac Amish mafia. Tu bardzo sie wczulismy. Łkam nad brakiem wideł na zdjeciu.
:D
niedziela, 31 marca 2013
oj tam takie wielkanocne?urodzinowe?zadne z tych?
Moj internet jest zalosny. A w dodatku ma humory. Wiec kiedy ja juz sie zmobilizuje do pisania ON odmawia mi wspolpracy. Moze jest kobieta? Cos w typie nastolatki tuz przed okresem...to by wiele tlumaczylo. Tak czy siak oto swieta i oto moje urodziny. Raz na kilka lat tak sie sklada smiesznie, ze moje urodziny wypadaja iealnie w Wielkanoc. Moze to na szczescie?
Wiem, ze w Pollandzie sniegi i zawieje i mrozy i placze i dramatyczne okrzyki. U nas lepiej nieco. W sumie codziennie troche tego slonca jest, sniegi stopnialy i takie tam. Pogoda "znadmorska". Nadal chadzam do pracy, nadal planuje nabyc laptopa(rozowy?fioletowy?) W dodatku w koncu zmienilam kolor wlosow. Moze powinnam powiedziec: wrocilam w swoje wlosowe rejony kolorystyczne czyli zegnaj jajecznico na glowie. teraz tylko przydaloby sie isc do fryzjera, bo mm dosc bezksztaltny wiechec na glowie, od roku NIC nie przycinalam.jakos...zapomnialam. Czekam na wiosne, zupelnie jak i cala reszta Europy i czego tam jeszcze. Bo jakos tak..przysnelam sobie pozimowo i czas sie obudzic i realizowac zyciowo. Czy cos. Dzis postaram sie nawet dac jakies zdjecia! Tam-tararaa-raaaaam! Jak internet pozwoli....
Obiad <3
Arszakmobil :D wyobrazcie sobie trafic na to snopem swiatla z latarki w nocy.... w lesie...
Zdjecie z daleka, bo z samochodu. Nad czym ubolewam, bo cudowne to to jest/Marzy mi sie noca tam w tym Tilburgu byc i sfocic dobrym aparatem. Idealny pomysl wg mnie.
Jeden z moich ulubionych domow <3 Lichtaart.
I moje nowe wlosaczu :) toner:Direction kolor:dark tulip.
Wiem, ze w Pollandzie sniegi i zawieje i mrozy i placze i dramatyczne okrzyki. U nas lepiej nieco. W sumie codziennie troche tego slonca jest, sniegi stopnialy i takie tam. Pogoda "znadmorska". Nadal chadzam do pracy, nadal planuje nabyc laptopa(rozowy?fioletowy?) W dodatku w koncu zmienilam kolor wlosow. Moze powinnam powiedziec: wrocilam w swoje wlosowe rejony kolorystyczne czyli zegnaj jajecznico na glowie. teraz tylko przydaloby sie isc do fryzjera, bo mm dosc bezksztaltny wiechec na glowie, od roku NIC nie przycinalam.jakos...zapomnialam. Czekam na wiosne, zupelnie jak i cala reszta Europy i czego tam jeszcze. Bo jakos tak..przysnelam sobie pozimowo i czas sie obudzic i realizowac zyciowo. Czy cos. Dzis postaram sie nawet dac jakies zdjecia! Tam-tararaa-raaaaam! Jak internet pozwoli....
Obiad <3
Arszakmobil :D wyobrazcie sobie trafic na to snopem swiatla z latarki w nocy.... w lesie...
Zdjecie z daleka, bo z samochodu. Nad czym ubolewam, bo cudowne to to jest/Marzy mi sie noca tam w tym Tilburgu byc i sfocic dobrym aparatem. Idealny pomysl wg mnie.
Jeden z moich ulubionych domow <3 Lichtaart.
I moje nowe wlosaczu :) toner:Direction kolor:dark tulip.
środa, 27 lutego 2013
It's been a while...
A nawet może i "whale", bo wielki jak wieloryb był ten kawał czasu od ost. notatki.
Generalnie, ma ona miejsce teraz, gdyż oto jestem na swoim pierwszym w życiu L4 (aż 2 dni) i wstałam i sączę kawę z kubka księżniczki i myślę, że jak już zaraz nic tu nie napiszę to Dzienniki umrą śmiercią głodową w zapomnieniu. A trochę szkodą, bo kurde od roku ponad dzielnie je prowadziłam.
Nie będę pisać o kłopotach ost.miesiąca, bo po co. O pracy? To z fb wiadomo, kiedy to na fali fascynacji nowym wydarzeniem życiowym, pisałam tylko o tym. Od razu tez mówię, że nie mam nowych zdjęć żadnych. Zwyczajnie nie mam siły po pracy ruszyć choćby palcem (wstaje o 3.20 w nocy, jakby ktoś nie wiedział...), no a mój nieudany eksperyment z fioletowymi włosami, też mnie jakoś nie nastraja do ukazywania swojej facjaty. Nota bene, teraz jesteśmy w punkcie, w którym włosy z fioletowo-granatowych (tak..tak...) stały się perliście, wyblakłe oraz siwo-szare..spróbujcie sobie to wyobrazić, przy tej długości moich kudłów i wiecznie podkrązonych oczach..Nic dodać, nic ująć - jestem idealna gnijącą panną młodą. Chodzę więc w czapce (fioletowej...) i czekam, aż mi się wszystko spłucze na tyle, że będę mogła wrócić do starych, bezpiecznych czerwieni, pomarańczy i wszelkich takich, odpowiednich moim włosom.
Ostatnio miałam też rozmowę o tym jak wyglądałby mój Wymarzony Dzień w Poznaniu. Bo mija już rok odkąd ost. byłam w mieście rodzinnym i w PL w ogóle. Chyba nigdy aż tyle nie byłam poza granicami obu... Ckni mi się straszliwie. Nie wiem czy na tyle, żebym mogła wrócić i tam być/żyć, bo tak to chyba nie. Kolega z pracy na bieżąco informuje mnie co się dzieje tam nad Wisłą i jakoś sobie nie wyobrażam sobie siebie znów żyjącej, trwającej w tym kraju paradoksów i coraz dziwniejszej polityki każdej. Chyba, że miałabym pieniądze na spokojne życie, bez użerania się to wtedy...MOŻE. Tutaj też się użeram. Mniej lub bardziej, ale przynajmniej wiem za co. Mam bardzo konkretne pieniądze na koncie, na które w PL musiałabym zapewne z trudem i znojem pracować kilka miesięcy, a i tak prędzej by się rozeszły niż zdążyłabym zaplanować wydatki tak naprawdę. Oczywiście do chwili takiego solidnego odkładania i gromadzenia na dalsze życiowe plany/dokonania, to trochę mi się jeszcze zejdzie. Póki co wszystko idzie (jak w PL) na życie i sprawy codzienne, alę zyję nadzieją, że już zaraz będę mogła skrupulatnie odkładać te euro, które zarabiam od 5 do 13. No, ale wróćmy do tego Poznania. A w sumie do wymarzonego dnia. Pisałam kiedyś? Wyobrażam sobie jak wstaję rano, takie hm hm...nie wiem..majowe rano? Takie ciepłe, majowe, poznańskie rano. Wcześnie, około 8 się budzę. Otwieram okno, jestem w mieszkaniu gdzieś przy Starym Rynku. Swieci słońce oczywiście. Świeci i rozlewa się po uliczkach starówki tak jak tylko potrafi to robić w Poznaniu, z rana.Mamy nawet gruchanie gołębi. Załóżmy,że jest..hm hm..środa. Środa, a ja absolutnie NIC nie muszę robić. Więc myję się, ubieram lekko, bo pamiętajmy-jest ciepło. Biorę swoją torbę, wychodzę. Na klatce jest trochę chłodno, zalatuje wilgocią, trochę może zmurszałym grzybem - wiadomo, kamienica. Ale to mi nic nie przeszkadza. Na dworze już jest cieplej. Powietrze nie jest jeszcze takie super nagrzane więc mam czym głęboko oddychać. Wrzucam klucze od drzwi to torby i idę. Tak średnio szybko. Nie lubię sie wlec po ulicy, ale po co sie tez dzis spieszyc w taki dzien? Idę sobie do piekarni Liczbańskiego. Odstaję swoję w małej kolejce (to ta piekarnia przy Pl.Bernardyńskim), kupuję..powiedzmy 4 rurki z bitą smietanką. 3 chowam, jedną od razu jem - nie da rady inaczej. Idę dalej, mijam JAZZ TATTOO (najlepsze studio w Poznaniu) o tej porze jeszcze zamknięte więc na kawę mogę się wprosić dopiero za kilka godzin. Mijam park Chopina (to ten na tyłach Fary), idę dalej. Wrocławska, Kupiec, skrzyżowanie.Chwila zastanowienia. Tu mam dylemat, bo nie wiem czy od czasu jak ost. raz byłam w Poz, miasto zyskało jakieś miejsce gdzie w okolicach 8-9 rano zjęśc śniadanie i dostać kawę na wynos (poza barem mlecznym). Załóżmy, że nabywam gdzieś tę kawę. Idę. Robi sie coraz cieplej, mijają mnie dzieci idące na 9 do szkoły, kieruję się w stronę Starego Browaru czyli mam do przejścia caaałyyy deptak. Standardowe, znajome widoki. Dla odmiany, NIKT mnie nie zaczepia, nikt się krzywo nie patrzy i nie mam ochoty krzyczeć do każdego "5 zeta za gapienie się!" Wchodzę do Centrum. Znów chłodniej. Schodzę do Pip'a, kupuję wodę, ogarniam półki, zastanawiam się co pózniej kupić na kolację. Robi się 10, otwierają sklepy. Leniwie wchodzę do paru, może coś wpadnie w oko. Srodek tygodnia, zaraz po otwarciu = puste przymierzalnie, 0 tłumów. Mam uraz do browarowego empiku (natrętny pan ochroniarz) więc wychodzę i wracam na stary rynek. Dzień dobry księgarnio. Nabywam książki. Tak z 3. Wracam od kasy, biorę jeszcze jedną wiedząc jednoczesnie, że jeszcze dziś i tak pójdę do Empiku(tego na Pl.Wolności) i dokupię kolejne 2-3. Robi się 12 godzina. Koziołki! Oczywiście oglądam trykające sie, poznańskie koziołki. Razem z gromadą dzieciaków, które są tu na wycieczce z jakiejświoski spod Poznania, liczę ile razy zderzą się rogami. 12 oczywiście- nie ma niespodzianki. Sklepiki przy ratuszu już działają. Podchodzę. Oglądam te śliczne drobiazgi, duperele, bezsensowne zapychacze szkatułek, pudełek, które mam w zwyczaju rozwieszać na klamkach, uchwytach szaf, szafek, gwozdziach, poręczach łóżek, klamkach okiennych... Kupuję pewnie rzemyki. Na wszelki wypadek. Może wpadnie mi też w oko jakiś drobiazg, który absolutnie do Kogoś mi pasuje i który absolutnie muszę kupić i Tej osobie dać. Idę na Pl.Wielkopolski. O cudzie...ogóreczki małosolne, kapusta, stosy warzyw, owoców. Wszystko pachnie, wibruje, Koloooryyyy! Kupuję, kupuję wszystko co tylko zapachem dociera mi do podniebienia. Z nadzieją, że będę miała kiedy i z kim to zjeść. Truskawki! Oczywiście nabywam. Teraz czas na kawę. Na te kawe nie idę już sama. Na tę kawę potrzebuję Przyjaciółki. Może nawet w liczbie mnogiej. Po 2 godzinach plotek, kaw, słodkości, wracam tą uliczką o jakże wspaniałej nazwie "ZA bramką". Jestem w domu. Odkładam zakupy, chowam do lodówki. Odswiezam sie. Schodzi mi godzina. Dzień nadal pięknie trwa więc wychodzę. Znów Ktoś, znów spotkanie. Obiad. Pyra bar? Piccolo? A może jakiś chińczyk? Napawam się życiem towarzyskim z Najbliższymi, dobrym jedzeniem, nie spieszeniem sie. A potem zaleznie od tego jak się będę czuła : dom i spokojny wieczór albo jakiś pub/bar, ogródek. Generalnie w okresie : po obiedzie troche rozmywa mi sie obraz Idealnego Dnia w Poznaniu. Bo jakoś tak zalezy mi bardziej na poznańskich, wiosenno-letnich porankach i wczesnych przedpołudniach. Te są takie najbardziej świeze, najbardziej moje. Najlepiej się wtedy czuję w mieście. Dla tych paru godzin mogłabym rozważyć życie w centrum dużego miasta, powrót do Poznania. Ale życie nie składa się tylko z tych kilku godzin dlatego pewnie siedzę włąsnie w norweskich kalesonach w drewnianym domku, za oknem mam las, słychac już szczebiocące ptaszory.
Nie wiem gdzie będę za rok o tej porze. Wiem, że dokładnie rok temu, tak co do dnia byłam właśnie w Poznaniu i przeżywałam jedne z najwspanialszych okresów w swoim życiu, niemal takie dni jak opisałam wyżej tylko w zimowej scenerii. Dużo się zmieniło. Bardzo dużo. Może nawet pasuje tam wstawić przed tym słówko "ZA". Moje życie potoczyło się takim torem, jakiego bym sie nigdy nie spodziewała. Mam taki plan, o jakim nie śniłam, a ludzie pozaskakiwali mnie (w każdy sposób) tak, że chwilami brakowało mi tchu, sił, wiary.
Olbrzymie pokłady pracy wszelakiej i na każdym poziomie przede mną. Fajnie by było w końcu wyjśc na prostą. Móc żyć chociaż w przybliżeniu tak jak się żyje w swojej głowie, w marzeniach, móc pomagać Najważniejszym Ludziom, a nie tylko z daleka pocieszać, że będzie lepiej kiedyś. The time has come.
Generalnie, ma ona miejsce teraz, gdyż oto jestem na swoim pierwszym w życiu L4 (aż 2 dni) i wstałam i sączę kawę z kubka księżniczki i myślę, że jak już zaraz nic tu nie napiszę to Dzienniki umrą śmiercią głodową w zapomnieniu. A trochę szkodą, bo kurde od roku ponad dzielnie je prowadziłam.
Nie będę pisać o kłopotach ost.miesiąca, bo po co. O pracy? To z fb wiadomo, kiedy to na fali fascynacji nowym wydarzeniem życiowym, pisałam tylko o tym. Od razu tez mówię, że nie mam nowych zdjęć żadnych. Zwyczajnie nie mam siły po pracy ruszyć choćby palcem (wstaje o 3.20 w nocy, jakby ktoś nie wiedział...), no a mój nieudany eksperyment z fioletowymi włosami, też mnie jakoś nie nastraja do ukazywania swojej facjaty. Nota bene, teraz jesteśmy w punkcie, w którym włosy z fioletowo-granatowych (tak..tak...) stały się perliście, wyblakłe oraz siwo-szare..spróbujcie sobie to wyobrazić, przy tej długości moich kudłów i wiecznie podkrązonych oczach..Nic dodać, nic ująć - jestem idealna gnijącą panną młodą. Chodzę więc w czapce (fioletowej...) i czekam, aż mi się wszystko spłucze na tyle, że będę mogła wrócić do starych, bezpiecznych czerwieni, pomarańczy i wszelkich takich, odpowiednich moim włosom.
Ostatnio miałam też rozmowę o tym jak wyglądałby mój Wymarzony Dzień w Poznaniu. Bo mija już rok odkąd ost. byłam w mieście rodzinnym i w PL w ogóle. Chyba nigdy aż tyle nie byłam poza granicami obu... Ckni mi się straszliwie. Nie wiem czy na tyle, żebym mogła wrócić i tam być/żyć, bo tak to chyba nie. Kolega z pracy na bieżąco informuje mnie co się dzieje tam nad Wisłą i jakoś sobie nie wyobrażam sobie siebie znów żyjącej, trwającej w tym kraju paradoksów i coraz dziwniejszej polityki każdej. Chyba, że miałabym pieniądze na spokojne życie, bez użerania się to wtedy...MOŻE. Tutaj też się użeram. Mniej lub bardziej, ale przynajmniej wiem za co. Mam bardzo konkretne pieniądze na koncie, na które w PL musiałabym zapewne z trudem i znojem pracować kilka miesięcy, a i tak prędzej by się rozeszły niż zdążyłabym zaplanować wydatki tak naprawdę. Oczywiście do chwili takiego solidnego odkładania i gromadzenia na dalsze życiowe plany/dokonania, to trochę mi się jeszcze zejdzie. Póki co wszystko idzie (jak w PL) na życie i sprawy codzienne, alę zyję nadzieją, że już zaraz będę mogła skrupulatnie odkładać te euro, które zarabiam od 5 do 13. No, ale wróćmy do tego Poznania. A w sumie do wymarzonego dnia. Pisałam kiedyś? Wyobrażam sobie jak wstaję rano, takie hm hm...nie wiem..majowe rano? Takie ciepłe, majowe, poznańskie rano. Wcześnie, około 8 się budzę. Otwieram okno, jestem w mieszkaniu gdzieś przy Starym Rynku. Swieci słońce oczywiście. Świeci i rozlewa się po uliczkach starówki tak jak tylko potrafi to robić w Poznaniu, z rana.Mamy nawet gruchanie gołębi. Załóżmy,że jest..hm hm..środa. Środa, a ja absolutnie NIC nie muszę robić. Więc myję się, ubieram lekko, bo pamiętajmy-jest ciepło. Biorę swoją torbę, wychodzę. Na klatce jest trochę chłodno, zalatuje wilgocią, trochę może zmurszałym grzybem - wiadomo, kamienica. Ale to mi nic nie przeszkadza. Na dworze już jest cieplej. Powietrze nie jest jeszcze takie super nagrzane więc mam czym głęboko oddychać. Wrzucam klucze od drzwi to torby i idę. Tak średnio szybko. Nie lubię sie wlec po ulicy, ale po co sie tez dzis spieszyc w taki dzien? Idę sobie do piekarni Liczbańskiego. Odstaję swoję w małej kolejce (to ta piekarnia przy Pl.Bernardyńskim), kupuję..powiedzmy 4 rurki z bitą smietanką. 3 chowam, jedną od razu jem - nie da rady inaczej. Idę dalej, mijam JAZZ TATTOO (najlepsze studio w Poznaniu) o tej porze jeszcze zamknięte więc na kawę mogę się wprosić dopiero za kilka godzin. Mijam park Chopina (to ten na tyłach Fary), idę dalej. Wrocławska, Kupiec, skrzyżowanie.Chwila zastanowienia. Tu mam dylemat, bo nie wiem czy od czasu jak ost. raz byłam w Poz, miasto zyskało jakieś miejsce gdzie w okolicach 8-9 rano zjęśc śniadanie i dostać kawę na wynos (poza barem mlecznym). Załóżmy, że nabywam gdzieś tę kawę. Idę. Robi sie coraz cieplej, mijają mnie dzieci idące na 9 do szkoły, kieruję się w stronę Starego Browaru czyli mam do przejścia caaałyyy deptak. Standardowe, znajome widoki. Dla odmiany, NIKT mnie nie zaczepia, nikt się krzywo nie patrzy i nie mam ochoty krzyczeć do każdego "5 zeta za gapienie się!" Wchodzę do Centrum. Znów chłodniej. Schodzę do Pip'a, kupuję wodę, ogarniam półki, zastanawiam się co pózniej kupić na kolację. Robi się 10, otwierają sklepy. Leniwie wchodzę do paru, może coś wpadnie w oko. Srodek tygodnia, zaraz po otwarciu = puste przymierzalnie, 0 tłumów. Mam uraz do browarowego empiku (natrętny pan ochroniarz) więc wychodzę i wracam na stary rynek. Dzień dobry księgarnio. Nabywam książki. Tak z 3. Wracam od kasy, biorę jeszcze jedną wiedząc jednoczesnie, że jeszcze dziś i tak pójdę do Empiku(tego na Pl.Wolności) i dokupię kolejne 2-3. Robi się 12 godzina. Koziołki! Oczywiście oglądam trykające sie, poznańskie koziołki. Razem z gromadą dzieciaków, które są tu na wycieczce z jakiejświoski spod Poznania, liczę ile razy zderzą się rogami. 12 oczywiście- nie ma niespodzianki. Sklepiki przy ratuszu już działają. Podchodzę. Oglądam te śliczne drobiazgi, duperele, bezsensowne zapychacze szkatułek, pudełek, które mam w zwyczaju rozwieszać na klamkach, uchwytach szaf, szafek, gwozdziach, poręczach łóżek, klamkach okiennych... Kupuję pewnie rzemyki. Na wszelki wypadek. Może wpadnie mi też w oko jakiś drobiazg, który absolutnie do Kogoś mi pasuje i który absolutnie muszę kupić i Tej osobie dać. Idę na Pl.Wielkopolski. O cudzie...ogóreczki małosolne, kapusta, stosy warzyw, owoców. Wszystko pachnie, wibruje, Koloooryyyy! Kupuję, kupuję wszystko co tylko zapachem dociera mi do podniebienia. Z nadzieją, że będę miała kiedy i z kim to zjeść. Truskawki! Oczywiście nabywam. Teraz czas na kawę. Na te kawe nie idę już sama. Na tę kawę potrzebuję Przyjaciółki. Może nawet w liczbie mnogiej. Po 2 godzinach plotek, kaw, słodkości, wracam tą uliczką o jakże wspaniałej nazwie "ZA bramką". Jestem w domu. Odkładam zakupy, chowam do lodówki. Odswiezam sie. Schodzi mi godzina. Dzień nadal pięknie trwa więc wychodzę. Znów Ktoś, znów spotkanie. Obiad. Pyra bar? Piccolo? A może jakiś chińczyk? Napawam się życiem towarzyskim z Najbliższymi, dobrym jedzeniem, nie spieszeniem sie. A potem zaleznie od tego jak się będę czuła : dom i spokojny wieczór albo jakiś pub/bar, ogródek. Generalnie w okresie : po obiedzie troche rozmywa mi sie obraz Idealnego Dnia w Poznaniu. Bo jakoś tak zalezy mi bardziej na poznańskich, wiosenno-letnich porankach i wczesnych przedpołudniach. Te są takie najbardziej świeze, najbardziej moje. Najlepiej się wtedy czuję w mieście. Dla tych paru godzin mogłabym rozważyć życie w centrum dużego miasta, powrót do Poznania. Ale życie nie składa się tylko z tych kilku godzin dlatego pewnie siedzę włąsnie w norweskich kalesonach w drewnianym domku, za oknem mam las, słychac już szczebiocące ptaszory.
Nie wiem gdzie będę za rok o tej porze. Wiem, że dokładnie rok temu, tak co do dnia byłam właśnie w Poznaniu i przeżywałam jedne z najwspanialszych okresów w swoim życiu, niemal takie dni jak opisałam wyżej tylko w zimowej scenerii. Dużo się zmieniło. Bardzo dużo. Może nawet pasuje tam wstawić przed tym słówko "ZA". Moje życie potoczyło się takim torem, jakiego bym sie nigdy nie spodziewała. Mam taki plan, o jakim nie śniłam, a ludzie pozaskakiwali mnie (w każdy sposób) tak, że chwilami brakowało mi tchu, sił, wiary.
Olbrzymie pokłady pracy wszelakiej i na każdym poziomie przede mną. Fajnie by było w końcu wyjśc na prostą. Móc żyć chociaż w przybliżeniu tak jak się żyje w swojej głowie, w marzeniach, móc pomagać Najważniejszym Ludziom, a nie tylko z daleka pocieszać, że będzie lepiej kiedyś. The time has come.
piątek, 25 stycznia 2013
I znów...PRZEPROWADZKA!
No to tak.Jutro sie przeprowadzamy na powrót do Belgii. Niecale 2 miesiace pobawiłam sie w Holandii.
Nie wiem na jak długo ta Belgia, ale prawda jest taka, że te cholerny las na moje stargane nerwy to chyba dobry pomysł. Drewniany domek, drzewa, wiewiórki, bieganie...
Jak jeszcze zaraz mi jakaś praca wpadnie to będę przeszczęsliwa. Co prawda bez zameldownaia, w Belgii moga mnie zatrudnic na max 3 miesiace, no ale zawsze przez ten czas moge cos wymyslic. Czy cos.
Ciągle tez rysuje. Po kilka godzin dziennie, codziennie, solennie. Nie wiem co z tego będzie, ale jestem jakoś dziwnie zdeterminowana. Robię to, nie przestałam- Jestem Krolowa słomianego zapału.
Powiedzmy, ze zmienilam swoje zyciowe zalozenia/plany/nastawienia,. Tak jak myslalam, ten rok bedzie decydujacy. Czas najwyższy w sumie. Nadal mam ataki panicznego lęku, ale juz rzadziej. To wielki plus. Odstawiłam tabletki, jest lepiej.
Pozmieniało mi sie w głowie.Nie wiem czy na lepsze czy gorsze. Po prostu - pozmieniało.
I taką myśl dziś miałam.Wiecie, z tych "głębokich" ;), a tak poważnie to siedziałam sobie, rysowałam i tak mnie trafiło : No more fear. Bo wiecie co jest najlepsze w byciu samemu?
Najlepsze jest to,że nie mam w sobie tego strachu, że któregoś dnia Ktoś przyjdzie i powie :"Nie kocham Cie juz".
To kurewsko wyzwalające. Nie wiem czy postanowie kiedykolwiek zmienić ten stan. Poczekam aż Mój Najlepszy Przyjaciel będzie sam(chyba, zeby nie to wtedy 72 koty i staropanienstwo) i Mu sie oswiadcze. Będzie świety spokój i kto jak kto, ale On nigdy mi nie powie tych paru słów.
Dotarlo do mnie również dziś, że Lucy Maud Montgomery (ta od Ani Shirley) zjebała mi życie. To nie Disney mi pokazał nieistniejące miłości. To ta Montgomery pożal sie Boze!!! eh. No to na tyle chyba ode mnie. Nastepna notatke popelnie, brudnymi od belgjiskich czekoladek paluchami i z zapachem igliwia we włosach.
Nie wiem na jak długo ta Belgia, ale prawda jest taka, że te cholerny las na moje stargane nerwy to chyba dobry pomysł. Drewniany domek, drzewa, wiewiórki, bieganie...
Jak jeszcze zaraz mi jakaś praca wpadnie to będę przeszczęsliwa. Co prawda bez zameldownaia, w Belgii moga mnie zatrudnic na max 3 miesiace, no ale zawsze przez ten czas moge cos wymyslic. Czy cos.
Ciągle tez rysuje. Po kilka godzin dziennie, codziennie, solennie. Nie wiem co z tego będzie, ale jestem jakoś dziwnie zdeterminowana. Robię to, nie przestałam- Jestem Krolowa słomianego zapału.
Powiedzmy, ze zmienilam swoje zyciowe zalozenia/plany/nastawienia,. Tak jak myslalam, ten rok bedzie decydujacy. Czas najwyższy w sumie. Nadal mam ataki panicznego lęku, ale juz rzadziej. To wielki plus. Odstawiłam tabletki, jest lepiej.
Pozmieniało mi sie w głowie.Nie wiem czy na lepsze czy gorsze. Po prostu - pozmieniało.
I taką myśl dziś miałam.Wiecie, z tych "głębokich" ;), a tak poważnie to siedziałam sobie, rysowałam i tak mnie trafiło : No more fear. Bo wiecie co jest najlepsze w byciu samemu?
Najlepsze jest to,że nie mam w sobie tego strachu, że któregoś dnia Ktoś przyjdzie i powie :"Nie kocham Cie juz".
To kurewsko wyzwalające. Nie wiem czy postanowie kiedykolwiek zmienić ten stan. Poczekam aż Mój Najlepszy Przyjaciel będzie sam(chyba, zeby nie to wtedy 72 koty i staropanienstwo) i Mu sie oswiadcze. Będzie świety spokój i kto jak kto, ale On nigdy mi nie powie tych paru słów.
Dotarlo do mnie również dziś, że Lucy Maud Montgomery (ta od Ani Shirley) zjebała mi życie. To nie Disney mi pokazał nieistniejące miłości. To ta Montgomery pożal sie Boze!!! eh. No to na tyle chyba ode mnie. Nastepna notatke popelnie, brudnymi od belgjiskich czekoladek paluchami i z zapachem igliwia we włosach.
czwartek, 24 stycznia 2013
No wiem, że "daje dupy" z blogiem...
W razie co to żyje. Byle jak, ale zawsze ;)
Musze zebrac mysli jakos, cos, żeby zrobic notke i żeby nie była ona wołaniem z otchłani;]
so so...
tak na pocieszkę:
A to Lutosław - głuchy kot mojej Mamy :) wersja: na Lorda ;)
Musze zebrac mysli jakos, cos, żeby zrobic notke i żeby nie była ona wołaniem z otchłani;]
so so...
tak na pocieszkę:
A to Lutosław - głuchy kot mojej Mamy :) wersja: na Lorda ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























