piątek, 27 lipca 2012

Grill, kotwice i takie tam.

Z racji zakończenia prac budowlanych, zrobiliśmy sobie dziś grilla. Tak na obiad. Była to inauguracja grilla, który dostałam za free od Andrijeja (Pan Bułgar mieszkający z drugiej strony domu). Raczyłam też znaleźć aparat fot. Rodziciela, zmienić obiektyw i voila!


Rude, wytatuowane, a grilluje.
                                           Rocznicowe kotwice :)
                                                           Bardzo szatańsko.
                                        Najlepszy, totalnie oszałamiający cyderek gruszkowy. Trochę ich tu próbowałam i tylko ten smakuje jak płynne gruszki <3 i pachnie!
                                               Tak, palacz. Wiem.
                                                     <3
                                                    Bardzo wdzięczny model. Potem mam kłopot z selekcją fot na bloga ;)
                                              Niechlujstwo lakierowo-wakacyjne trwa.
                                      Zdjęcie "na dresa". Tak wygrażamy z ganku wszystkim eee..yyyy.. WSZYSTKIM!.
                                                                   Milią lowe.

czwartek, 26 lipca 2012

Randomowe foty z ostatnich dni.

Nie było wpisu, bo od poniedziałku pomagam na budowie :D
Latam z pędzlem od rana do późnego popołudnia i generalnie co jak co, ale serio ręce mam już przy stopach. Szkoda, że tylko zakwasy czuć, a nie widać tych bosko wyrzeźbionych ramion ;)
Randomowe zdjęcia dziś będą, totalne wszystko i nic z ostatnich dni czy może nawet tygodni. na jednym mam "stare" włosy czyli na pewno jest starsze niż 2 tyg :)

Za tydzień wakacje <3

a teraz foty:
                                        1wszy grill. trochę późno, ale zawsze. Za mną wynik sprzątania piwnicy, bardzo malowniczy.Na szczęście już dawno wywieziony. Uff I racze się gruszkowym cyderkiem <3 I tak, widać mi majtki, wiem.
                                                             Przejaw twórczości i pomysłowości.
                                               Elegant z Libanu . Czyżby Mosina miała konkurencję ;)
                                                    Królowa Burger Kinga ;)
                                                           Zaspane futro.
                                                      Człowiek pracujący. Ja nie zostałam uwieczniona i bardzo mi przykro :<
                                                Ok. Wszystko to co kocham i wielbię w jednym. Pizza, colka i Wilk. Niekoniecznie w tej kolejności ;) <tak, kazałam biedakowi pozować>

niedziela, 22 lipca 2012

Urodzinowy Post Specjalnie dla Wilka



Otóż mój bardzo osobisty Wilk kończy dziś 24 lata.
Tak, tak jest ode mnie młodszy.
Skandal.

Z okazji tego niezwykłego dnia (poza tym mija nam dziś dokładnie pół roku szczęśliwego pożycia tak jakby małżeńskiego, a ja mam imieniny ) wybralismy się dziś na śniadanie na mieście.
Oczywiście był to Night Hawk (miliard serduszek)
Jak zwykle było przemiło i przesmacznie. Zostały podarowane prezenty i w ogóle cudnie :)
Potem standardowy spacer po centrum (coraz bardziej kochamy Grunerloka tak ooOOoooOO) i porcie.
Wilk odwalony jak stróż w Boże Ciało wspaniale pozował mi do zdjęć na tle fiordu/morza/statków/wody/etc.etc.
To taka notatka trochę o niczym, ale fajne zdjęcia trzasnęłam moją super Nokią więc macie :)

                                          Grunerloka - park :) zarówno u góry jak i fota niżej.
                                        Szatan jest wszędzie i lubi różowy.
                                          Bardzo, ale to bardzo. Ktoś tak zostawił i stoją i brzydną i opony przebite, bó.    

                                     Urodzinowy Wilk. Zwracam uwagę na cudowny łańcuch z kotwicami. Który co chwila zaczepiał o moje podarte szorty. Bardzo to symboliczne było <3
 

czwartek, 19 lipca 2012

Zrobiłam obiad-jestem fajna.

Drugi dzień z rzędu zrobiłam obiad.
I to taki naprawdę, a nie bardzo moje :mrożone mieszanki + kurczak, czy różne rodzaje grzanek/zapiekanek etc.etc.
Jestem z siebie bardzo dumna, gdyż wczoraj był to dorsz + brokuły z pieczarkami + kuskus,
a dziś są to placuszki z cukinii, którą okazała się być kabaczkiem (moja zdolność do rozpoznawania warzyw jest porażająca) plus placuszki pieczarkowe. Szybko, prosto, pewnie miały być smaczniejsze niż te, które teraz czekają na Wilka na patelni, ale cóż pierwsze koty za płoty. Innom razom powinno mi pójść lepiej :)

Kolejnym powodem do dumy jest nierozpierdolenie całego zestawu naczyń z szafy na głowie bezzębnego przedstawiciela młodzieży polskiej-robotniczej z Wyszkowa (tak, tak serio), wielbiciela piwa oraz disko polo o każdej porze dnia i nocy. (to ten sam od policyjnej awantury). Najwidoczniej ciężko jest zapamiętać, że trzeba kod wbić od alarmu po przyjściu do domu, inaczej ochrona zacznie dzwonić i przyjeżdżać. tak bywa jak się mieszka w chlewie (jestem okropna wiem, ale serio nadal jestem oaza spokoju)

Standardowo wyszło słońce teraz na wieczór, przestało padać i wiać :]
Cyknęłam szybko parę fotek ku czci. Okazało się też, że tata zostawił hiper duper super aparat fot, co odkryłam dziś przy sprzątaniu więc planuje na łikend orgię fotograficzną.
W sobotę postaram się wrzucić zdjęcia pięknej różowej podłogi, na widok której zatrzymuje mi się serce ze wzruszenia i emocji. Naprawdę. Musze taką tez mieć. amen.
Nomen omen zostały 2 tygodnie do wylotu do Belgio-Holandii <3


      Te ciemne to z pieczarek, jasne z kabaczka. Do tego home made tzatziki i już!
                      Krajobraz tarasowy po deszczu.



Plusy PL, a minusy NOR

Żeby nie było, że taka jestem okropna i wyrodna i piętnuję tylko tę biedną Polskę to dziś opowiem o tym, gdzie moim zdaniem PL góruje nad Norwegią.
A trochę tego jest.

- NABIAŁ
Matko Bosko i anieli pańscy. Uwierzcie mi, kiedy nast. razem będziecie w PiP'ie <Piotr i Paweł> padnijcie na kolana przed chłodziarką zawierającą185 smaków jogurtów, 36 rodzajów maślanek i jakieś 15 rodzajów serków białych z rodzaju tych wiejskich. Przed chłodziarką, która w dodatku ciągnie się przyjemnymi kilometrami. W Norwegii dysponujemy (tak MY :P ) ! słownie : jednym serkiem wiejskim. Koniec. Kropka. Jeden serek jednej firmy. I to w dodatku taki se w smaku/. Z blaku laku i na diecie - nie gardzę nim, ale Piątnica to to nie jest. Jogurtowych smaków jest może z 5? Takie super podstawowe. Zapomnijcie o kawowych, mango, bananowych, gruszkowych czy moim ukochanym "japkiem z cynamonem" Jogobellii. Parę rodzajów deserów, ale bez wielkich rewelacji. Tak więc gdy napadam na Poznań, napadam jednocześnie na PiP'a i ichni nabiał. Amen.

- SUCHE KIEŁBASY, WĘDLINY

Ci co mnie znają wiedza, że generalnie wielce mięsożerna nie jestem. Wręcz odwrotnie. Ale sa takie dni w miesiącu, dni przed DNIAMI, gdzie normalne kobiety pożerają czekolady i słodkości, a ja na słodycze patrzeć nie mogę i tylko mięso, mięso, mięso. No tak mam i już. Powiem szczerze, że to jedyne co mi przeszkadza w zostaniu wegetarianką. Nie jestem w stanie się po prostu opanować przed tym cholernym okresem. No, ale do tematu. Jakieś wędliny tu są oczywiście, smętne szynki coś, ale musem każdego przyjezdżacza z Polski jest zakup kabanosów. kabanosów i krakowskiej suchej. bądź jakiejkolwiek suchej, twardej kiełbachy. (trochę dziwnie to brzmi...) Potem to kwitnie w lodówkach miesiącami, ale uwierzcie nadchodzi taki moment....ach.

- KULTURA WSIADANIA/WYSIADANIA - KOMUNIKACJA MIEJSKA

Uwierzcie lub nie, ale tu z tym jest dużo , dużo, duuuuużooooo gorzej niż w PL. Na porządku dziennym jest wpychanie się tłumu DO tbany czy tramwaju zanim jeszcze pasażerowie zdąża wysiąść. Przyprawia mnie to o takie ataki złości, że głowa mała. Matki z wózkami, tymi kółkami po nogach, pchają się, nic nie widza, wózek święty jest i amen. Zapomnijcie też o "Panie przodem". Przeważnie Ci wszyscy piękni lub nie mężczyźni bez zbędnego pardon włażą przed Wami do takiego np. tramwaju i już. Czasem, któryś ustąpi miejsca i jest to wielkie wydarzenie w tramwaju. Tak jak i to, że czasem któryś puści kobietę przodem, co kwitowane jest zdziwionymi spojrzeniami innych mężczyzn.

-BRAK KLIMATYCZNYCH KNAJPEK/KAWIARNI

Mimo, że kawy tu maja pyszne i na każdym rogu, co 5 metrów dosłownie to jednak zapomnijcie o klimatycznych, zacisznych, przytulnych miejscóweczkach w typie wszelkich poznańskich pijalni kawek i gorących czekolad czy pubów. Nie znalazłam tu swojego odpowiednika poznańskiego Dragona czy Cacao
Republika lub innej Werandy. Nie ma. Nie sądzę, żebym po prostu przeoczyła. Królują tu bardzo przyjemne sieciówki. Fajne, gustowne nawet ciepłe w odbiorze, ale wiadomo to nie to samo. Gdy takową znajdę, nie omieszkam głośno się pochwalić. (włączę nawet caps locka w tym celu)

 - STRICTE UKIERUNKOWANA MODA SKLEPOWA

 Uwierzcie lub nie, ale większość "typowych Polek" nie dałaby rady się tu ubrać wg swojego gustu. Zachwycone będą typy "tumblrowe", kochające np. lity JC, ultra krótkie szorty dzinsowe, ćwieki, oversize'owe topy etc.etc. To taki bardzo główny nurt., Kolory są spokojne, wybielone jakby słońcem, nonszalanckie kroje etc.etc. "Przeciętna Polka" czyli taka, która lubi dzinsy z aplikacjami :], bardzo kolorowe sukienki, topy, duże dekolty etc.etc. nie będzie zachwycona. Polki, które znam ( a wolałabym nie), które tu mieszkają baaardzo narzekają na tutejsze sklepy i gromadzą $ żeby potem szybciutko pędzić do PL gdzie mogą się obkupić w stylu ul Bema Łelkam tu. W sumie to nie taka znów wada Oslo, jak tam mysle :D Druga grupa stylowa, do której piją sklepy to taka, z która sympatyzuję ją. Mnóstwo odniesień do USA dirty dirty South w stylu "wysiadłam własnie z mojego  mustanga/dodge'a chargera/ impali na pustynii w Nevadzie, biiijacz" Wielkie buty, bikery czy kowbojki (odkurzyłam glany-sprawdzają się), motywy indiańskie, stare czachy, bawoły, rewolwery, easy riderowe tematy etc.etc. Więc JA nie marudzę, ale np. mam problem z kupieniem czegoś dla siostry, która jest taką dość typową nastolatką, którą w sumie ma już 21 lat i nastolatką nie jest, ale wiadomo. Mogłabym Ją przerobić na "dziewczynę z tumblr", ale nie wiem czy będzie chciała ;)

- CENY

O cenach już pisałam w poście gdzie jemy/pijemy w Oslo więc nie ma co się powtarzać wielce: DROGO W PIZDU (jesli przyjechaliście na wakacje z pieniędzmi, które nie są norweskimi koronami-zarobionymi tutaj)


- POGODA (?)

Rano mega chmury, potem ze 3 godziny upału, zaliczamy oberwanie chmury i małą burzę, męczymy się z wichurą, żeby na wieczór o godzinie 22ej stwierdzić, że sieci słońce (tak słońce o 22ej) Nie opuszczamy domostwa bez bluzy bądź czegoś na deszcz i okularów przeciwsłonecznych.


-  NIEDZIELĘ MOŻESZ UMRZEĆ Z GŁODU

 Jeśli nie dokonałeś zakupów w sobotę do godzin popołudniowych to możesz mieć przerąbane. 99% sklepów w niedziele jest zamknięte. Wg mnie to super, ale raz czy dwa mi się zapomniało i zostałam na półtorej dnia z całkiem pustą lodówką. Na szczęście jest Gronland, znana i lubiana już dzielnica imigrancka, gdzie wszyscy mają wyjebane i warzywniaki stoją otworem - allelujah!


Póki co to tyle co mi przychodzi na myśl. Dla mnie punktem zapalnym jest ten ubogi nabiał, gdyż generalnie na tym opierało się 90% mojej dziennej diety. Opierało - czas przeszły... I te cyrki przy wsiadaniu/wysiadaniu. Reszta jest opcjonalna, z punktu widzenia statystycznego Polaka, co jak wiemy nijak się ma do Was - moich drogich znajomych/przyjaciół/rodziny etc.etc :)
na koniec daję Wam zdjęcie, bardzo unikalne tego jednego, jedynego serka wiejskiego. Cieszcie oczy ;)


poniedziałek, 16 lipca 2012

Redhead

Żeby trochę wyjść z nastroju ost. notki, daję zdjęcia moich nowych/starych rudych włosów.
Już nie jestem zielonkawą, pomarańczową blondynką. ;) Miałam być fioletowa, ale w sklepie zabrakło kolorów więc zostało mi stare, dobre arielkowanie.
Tak naprawdę włosy  wściekle czerwone czego żadne ze zdjęć nie oddaje jakoś. Ale cóż, to tylko aparat fot. w Nokii.
Plus standardowe zdjęcie Wilka w wersji na "Frede Durste" -  romantic mood, widok z Twierdzy Akershus.
Lato wróciło do Oslo, a ja mam przymusowe wolne co jakoś specjalnie mnie nie raduje, bo Wilk w pracy, a ja tkwię w domu sama, a wyspa czeka, booo-hooo.




sobota, 14 lipca 2012

polskie chamy, bójki w domu i policja

Chciałam się tylko pożalić, że nigdy przenigdy nie mieszkajcie za granicą z żadnymi "krajanami". Nie utrzymujcie kontaktów z przerażającą większością "Polonii" i broń boże nie uczestniczcie w ichnich libacjach.
Przez absolutny przypadek (za wczesny powrót do domu) zostaliśmy wmanewrowani z bójki, bardzo niechciane zaloty, nachodzenia w pokoju, pijackie śpiewy, zalana krwią podłogę, odważnymi sąsiadami, którzy dzwonią na policję i rzeczoną policję.
Składanie zeznań w stresie, po angielsku, na schodach własnego miejsca zamieszkania, BEZ stanika! w starej koszulce i z rękawami na wierzchu oraz wściekle czerwonymi włosami, powtarzanie "dobremu i złemu glinie"(o taaak, bawili się w to), że Wilk absolutnie nie bił nikogo grabiami przed domem oraz zastanie się w cichej , wewnętrznej histerii - oto moja sobota.
Dodam, że t sobota była jedynym dniem od miesięcy kiedy mieliśmy mieć romantyczny wieczór z Wilkiem  z pizzą i filmami i całkiem pustym domem...
Cóż...cóż.
Miałam nie uprawiać głębokiej prywaty i wynurzeń na tym blogu, ale z racji tego, że absolutnie nie mam z kim porozmawiać i płakać , szlochać na ramieniu - uskuteczniam te wyznania tu. Przykro mi. Teraz wkleję obrazek na poprawę humoru. Mojego.

Wkleiłam. Dobranoc.

wtorek, 10 lipca 2012

Gdzie jemy/pijemy w Oslo

Tyle ciągle wrzucam tych zdjęć kaw/jedzenia, że równie dobrze mogę się podzielić swoja wiedzą na temat tego, gdzie możecie wpaść na kawę/smoothiesa/śniadanie/muffinkę/etc.etc. gdybyście kiedyś "zabłądzili" do Oslo :)
Pomijając fakt, że Oslo jest 1 lub 2 najdroższym miastem na świecie (nigdy nie wiem, ciągle zbieram sprzeczne info) i musicie się przygotować na to, że za dużą, fajną kawę i jakieś ciacho, w dobrej kawiarni zapłacicie ok 100 koron. Plus minus. Czyli jakieś 5 dych. Plus minus.
Zwykłe kawy takie "w biegu" przed pracą to jakieś 20-30 koron. Dostaniecie je praktycznie w każdym ichnim kiosku. Jak Narvesen czy 7eleven czy Deli de Luca itp. Sklepiki te praktycznie można znaleźć na każdej ulicy, centrum jest wręcz nimi obłożone i nie ma opcji, że ich nie zauważycie. Kultywowana w nich jest samoobsługa czyli sami sobie dusimy guzik w ekspresie ;) Można kupić do tej kawy np. bolle (ichnie bułki na słodko) polecam z czekoladą - poezja(przeważnie są ciepłe) i wtedy zazwyczaj są jakieś rabaty na łączny zakup kawy i "bolli" bądź kawy i 3 bolli, o!

Jeśli już jednak chcemy sobie kulturalnie klepnąć z tyłkiem i spożyć jakąs lepszą kawe z pianką, cynamonem, śmietanka blablabla to z mojej strony polecam Kaffeebrenneriet i Wayne's Coffee. W tej pierwszej mają świetne latte, a w drugiej zabójcze frappe karmelowe ( i bułeczkę cynamonową!!) Sami sobie słodzimy, cynamonimy, dodajemy kakao do woli, w kąciku kawiarni, po otrzymaniu upragnionej kawy. Oprócz kaw itp. jak już wspomniałam maja też spory wybór słodkości. Mnóstwo muffinów(wszystkie pyszne), bułeczek, serniczków. Jest też coś "na ostro" czyli tak naprawdę po prostu nie na słodko i są to różne sałatki lub kanapki z kiełkami, kurczakiem, serami, do woli co tam się chce. Pieczywo przeważnie pełnoziarniste.

Kiedy jesteśmy nieco bardziej głodni albo ja jestem przed okresem (czyt. nie ruszę nic słodkiego) to póki co mamy 3 opcje:
- Night Hawk Dinner - już opiewany przeze mnie w innym poście. Godny epopei narodowej, większej niż Pan Tadeusz. Miałam przyjemność zjeść tam sałatkę cesarską z kurczakiem (miód), spróbować szejka waniliowego(poezja), a także skonsumować olbrzymie i najlepsze śniadanie jakie jadłam kiedykolwiek. Do tego ginger ale i jesteśmy w niebie. Ceny mają adekwatne do Oslo, ale w ogólnym rozeznaniu nie są one porażające (nie przeliczajcie na złotówki, bo dostaniecie udaru). Za śniadanie dla 2 osób- naprawdę duże(zdjecie poniżej)kawę (nieskończona dolewka <3)  wspomniane już ginger ale z limonką zapłaciliśmy niecałe 400 koron. Wiem, wiem jak to wygląda po przeliczeniu na złotówki. Ale jak sobie uświadomimy, że średnia płaca tutaj to jakieś 20-30 tys.koron miesięcznie to naprawdę nie wychodzi tragicznie. czasem można :)

- bary sushi. Dotychczas byliśmy chyba w 3 lub 4 i wszędzie było jak najbardziej spoko. Po żadnym nie było rewolucji żołądkowych czy skamieniałych min w trakcie jedzenia. Pokusze się więc o stwierdzenie, że gdzie by sie na to sushi w Oslo nie poszło - będzie dobrze. radzenie kierować się specjalnie wyglądem lokalu. Że jak fensi wystrój i bambus w tle to będzie lepsze od tego gdzie na wystawie mamy chiński lampion i reklamę coca coli. Jasne, mood w trakcie jedzenia jest ważny. Ale spróbowaliśmy zarówno tych fensi jak i chińskich lampionów ( pamiętając, że sushi to niespecjalnie Chiny ;) ) i było tak samo smaczne, jak nie nawet lampiony lepsze. Na naszą dwójkę taka sushi wyprawa to jakieś 150 koron z piciem, ale my przeważnie nie idziemy tam wielce głodni. Bardziej na "smaka". Myślę, że na głodniaka i we dwójkę to 250 koron styknie.
Wskazówka oczywista : im bardziej w centrum tym wyższa cena. Nawet o 50 koron. Było nie było. Warto uskutecznić 10 minutowy spacer w głąb jakiejś dzielnicy :)

- tureckie bary. Szybko, w miarę tanio, smacznie. Na Gronlandzie oczywiście jest tego najwięcej. Multi kulti dzielnica wita całym szeregiem takich knajpek czy barków. My mamy swój ulubiony w samiutkim centrum. W takiej nazwijmy to "rotundzie" trudno przeoczyć ten okrągły budynek z knajpkami, kawiarniami i... dewocjonaliami.  Obsługa jest męska i turecka ;) jak mniemam.Porcje są duże, warzywa świeżutkie, dania wegetariańskie i wegańskie też. Dwie osoby za 200 koron nafutrują się aż miło.

 Wszędzie bez problemów język angielski. Weganie/wegetarianie/bezglutenowcy będą zadowoleni, bo w kawiarniach, o których pisałam znajdą coś dla siebie. Ceny - wiadomo. Podałam. Na realia polskie to jakiś kosmos, ale jak się jest tu na miejscu i zarabia/żyje to jest ok.
Ja, niestety przywykłam do kawy na mieście i burżujsko, moja własna w domu już mi nie smakuje.
Świetne też jest to, że każdym z tych "kiosków" jak Deli de Luca czy inne 7eleven podgrzeją Ci jedzenie. Kanapkę, ciastko czy kurczaka po chińsku :)
Będę dalej zgłębiać w miarę możliwości finansowych :D , miejsca w Oslo i się podzielę informacjami, bo skąd inąd wiem, że sporo z Was sobie tak myśli o choćby wizycie w mieście wikingów :)

                                    Śniadanie najthołkowe. Tosty, domowej roboty pikantna kiełbaska (mięso organiczne!), dwa jajka-dowolny styl, frytki(ale takie prawdziwe!), chilli <3, bekon i trochę zieleniny. Wciągnęłam dokładnie takie samo.
                                                  Ginger Ale z limonką - coś pysznego!
            Cynamonowa muffinką - bułeczka i mocca. Kubki sa olbrzymie, myślę, że trochę mniej niż pół litra mają. Trochę. Wayne's jak widać napis na kubasie.
                                    Bad boys tattoo jak widać, gdzie wskazuje drogowskaz ;)
                           Mokry kot, mokry kot. Czyli Grubalda po spacerze.
                                          Grubalda i Jej magiczny dywan.
                                  To konkurencja dla kota, który przemierza kosmos na syntetyzatorze.
                                                                <3



piątek, 6 lipca 2012

FILMIK PROMOWY (w sensie na promie, a nie z "promu" w sukni i limuzynie.

Nakręciliśmy filmik.
Nie, nie porno Sandra.
Filmik z wyprawy tramwajem wodnym(promem) na wyspę. Wyspy w sumie. W sumie to zrobiliśmy sobie rundkę bez wysiadania. Możecie usłyszeć nasze ciężkie rozkminy na ten temat: wysiąść czy nie wysiąść, oto jest pytanie. Udokumentowane też jest jawne grożenie mi śmiercią przez utopienie-miejcie to na uwadze, jeśli nagle przestane zamieszczać wpisy na blogu bądź tumblr. Oraz mój popisowy taniec pod koniec. Enjoy!
Oczywiście usilnie się prosi o:
-niezwracanie uwagi na moją fatalną wadę wymowy
-niezwracanie uwagi na moje pomarańczowo-zielonkawe kudły
-niezwracanie uwagi na moją wybitną nie-fotogeniczność filmową (aktorką nie zostanę, Lindsay - Twoja pozycja jest niezagrożona)
No :)


Poza tym dołączam parę fotek z Wilkiem, ale Wilkiem Morskim i zdjęcie z naszego wczorajszego dnia, wyprawy 30 km za Oslo do Cioci Tereski, możecie nam zawiścić i zazdraszczać.


Oto film, niegodny Oscara.
video
Lunch time! Krewetki i chlebuś-jesteśmy bardzo norwescy.Sami obieraliśmy!






środa, 4 lipca 2012

HC Hipster i Bygdoy

Nastał lipiec, co wiąże się z następującym:

- mniejsza ilość pracy for moi (bywa drastycznie w lipcu - Oslo pustoszeje, zostają turyści i ci, którzy jak ja mają wakacje w sierpniu)
- powyższe rodzi fakt większego uskuteczniania szwędu po mieście, zwiedzania muzeów :D (lubię!)/eksploracje nowych knajp z jedzeniem (wciąż nie byliśmy sie alkoholizować!)
- został miesiąc do wylotu do Belgio-Holandii i jaram się niemiłosiernie.

Byliśmy wczoraj tak z wyskoku na Bygdoy. To półwysep w Oslo. Jaśnie rodzina królewska ma tam letnią posiadłość, znajdziemy tam też całkiem fajowskie muzea i.... tabuny turystów. Staramy się wyglądać bardzo norwesko i mało turystycznie - chyba nam się udaje.Wilk robi to pierwszorzędnie. Mnie trudno Wam to udowodnić, bo to ja robię zdjęcia głównie, a nie są one robione mi (ukłony w stronę mojej bardziej owłosionej połówki)
Tak więc napadliśmy na muzeum morskie. Statki, okręty i takie tam. Jak ktoś nie ma w tym zainteresowania to raczej zachwycony nie będzie. Syrenki żadnej nie widziałam :(, aleeeeeee znalazłam coś dla siebie - rzeźby, które zdobiły dzioby okrętów. Naprawdę dobra rzecz. Z racji raczej niespodziewanej podróży na Bygdoy dysponuje jak zwykle, tylko fociami z telefonu. Naprawdę jak mam brać tę kolubrynę ze sobą....

Nazbierałam też muszelek, ponieważ mam plan tworzyć.

Potem udaliśmy się na rajd po "skejt szopach", gdyż Wilkowi padają Jego piękne buty. Boleje nad faktem, bo napis Creature rodem z Potwora z Czarnej Laguny, podbił moje serce.
Z butami jest tak, że ich nie ma,
Znaczy są, ale nie takie jak chce Wilk. Jesteśmy w sumie obydwoje za mało "faszyn", żeby  być zadowolonymi z oferty. Zestawienia kolorów bywają tu dobijające. O takim pięknym combo jak zieleń i czerń można pomarzyć. Tak czy siak w jednym ze sklepów była przemiła, przeurocza dziewczyna (piękne tatuaże!), która oświeciła nas w zakresie sklepów w Oslo, a także dała namiary na 2 internetowe. Oficjalnie pozachwycała się moim rękawem (gloria i chwała).
Mamy/mieliśmy się też udać dziś do 1969 tattoo, ale Wilk jakoś niedomaga i własnie zerkam na Niego i się zastanawiam (Boże, zjadłabym tosty...)
Generalnie to tyle w temacie. Standardowo odliczamy dni do wakacji i cóż... cóż.No.


                                       Tu mamy look na naburmuszonego HC Hipstera.

                        Tu dowód na miłość kocio-wilczą.
  Buuurrritooooooooooooooo <3 <3 Ostatnio bardzo uskuteczniamy wszelką kuchnię meksykańską. W sensie Wilk uskutecznia robienie - ja spożywam. Mimo wszystko, nie dałam się zagnać do kuchni.

 Pan Pirat dziobowy.  ^ Nawet przepaska na oku i kółko w uchu jest!