Chciałam jeszcze tak na szybko od siebie dodać, iż tak jak w PL spotykałam sie i słyszałam o mało przyjemnych przypadkach dot. cięzko wytatuowanych osób będących u lekarza czy np.na badaniach, tak tu opowiem szybko o moich norweskich doświadczeniach.
Po pierwsze ani jedna pielęgniarka nie spojrzała sie krzywo na moje malunki na łapach. Ani nawet pół. Co więcej, Panie te (bliżej im do 40 i 50 niż siksowania) wyrażały szczery i głośny zachwyt moimi tatuażami, co jak wiemy w PL sie raczej nie zdarza.
Po drugie z niejaka ciekawością oczekiwałam na badania krwi. Z tej przyczyny, że na obydwu rekach, zwyczajowe miejsca pobierania krwi mam pozakrywane już. Wiem o przypadku w PL, gdzie pielegniarka odmówiła pobierania krwi, bo:
-to niebezpieczne jak się ma tatuaże, a ona się będzie wbijac igła i "tusz moze sie dostac do żyły" (autentyczne)
- nie ma jak pobrac, bo nie widzi żadnej żyły (pobieranie odbyło się spod kolan - brrrrrrrrrr)
Oczywiście nie wspominając już o gazylionach komentarzy na temat tego co to się ze sobą nie zrobiło i jak to strasznie wygląda/będzie wyglądać.
Moja Pani Pobierająca okazała się być młodą "Arabką". Nie pytałam o pochodzenie, sugeruję się wyglądem i chusta na głowie. Spodziewałam się więc zaraz na wstepie krzywego spojrzenia i ścierania sie kulturowego. Gdzie tam! Dziewczyna powitała mnie cała usmiechnięta, bez problemu wybrała rekę (te z bardziej zakrytymi żyłami!!) i bez zbędnych ceregieli wbiła się w żyłę, która akurat tak wypadło, szła pod moją czachą (wiecie, te na lewej łapie). Pomijając fakt, iz było to najmniej bolesne pobieranie krwi w moim życiu. Ogłosiłam Pani, iz jest fantastyczna czym ewidentnie Ją ucieszyłam.
Żaden lekarz, żadna pielęgniarka, nikt nie pozwolił sobie na uwagi, spojrzenia, etc.etc. Jestem zachwycona i zadowolona i postanowiłam się tym z Wami podzielić, o :) W Norwegii fajnie się chodzi do lekarza.
wtorek, 2 października 2012
Pytanie o randki.
Tak postanowiłam spytać. Odkad skasowałam fb (ile to juz? pół roku ponad!!!) to nie mam czasem jak o co, kogo spytac. Postanowiłam wykorzystać do tego celu to miejsce. Wiem, że czytacie :P Moglibyście sie mi tu udzielić. Obydwie "pełcie".
Zastanawiałam się dziś jak wygląda randkowanie w stałych związkach?
Są te randki czy ich juz nie ma? Czy wyjście na jakiś obiad czy spacer i kawe z lubym to randka czy w sumie nie, bo żeby była randka to musi być wystrojenie się, umówienie wczesniej etc.etc. Zaznaczam, że mieszka się razem w takiej sytuacji.
Ku gwoli informacji dodam, iz czuję się lepiej. Moje wyniki badań (nie miałam blood testów robionych kilka!!lat) sa dobre :O Napawa mnie to zdumieniem. Jak to mawia moja Mama : "Masz więcej szczęscia niż rozumu" (kochany mamut). czyli, że panicznie boję się lekarzy, unikam jak mogę, a jednak jakimś psim swędem jestem zdrowa - zdrowawa. Wiem tylko, że musze zmienić dietę (czyt. zacząć jeść) i zredukować stres. Mój stres zniknie jak..no. Własnie dalej czekamy na wieści. Poczekacie i Wy.
Dodam parę fotek, między innymi tego czym starał się mnie karmić mój Luby :)
Tu macie slicznościową deskę do longboardu. Jestem głęboko zakochana.
tak niektórzy grywają w Diablo.
Najlepsza lazania świata. Ale tak serio. Nie wyobrazam sobie, żeby ktoś, gdzieś, kiedyś zrobił lepszą.
Nasz czarny makaron :D Wyglada ohydnie, wiem :D Ale uwierzcie, naprawdę jest/był smaczny :)
quesadillas w wersji wilczej.
A tu widac, że gram w Simsy 3 Nie z tego świata :D Jestem oczywiście wąpierzem, a Wilk jest eeee wilkołakiem :) Tak wiem, że mam 28 lat. I don't care :)
Zastanawiałam się dziś jak wygląda randkowanie w stałych związkach?
Są te randki czy ich juz nie ma? Czy wyjście na jakiś obiad czy spacer i kawe z lubym to randka czy w sumie nie, bo żeby była randka to musi być wystrojenie się, umówienie wczesniej etc.etc. Zaznaczam, że mieszka się razem w takiej sytuacji.
Ku gwoli informacji dodam, iz czuję się lepiej. Moje wyniki badań (nie miałam blood testów robionych kilka!!lat) sa dobre :O Napawa mnie to zdumieniem. Jak to mawia moja Mama : "Masz więcej szczęscia niż rozumu" (kochany mamut). czyli, że panicznie boję się lekarzy, unikam jak mogę, a jednak jakimś psim swędem jestem zdrowa - zdrowawa. Wiem tylko, że musze zmienić dietę (czyt. zacząć jeść) i zredukować stres. Mój stres zniknie jak..no. Własnie dalej czekamy na wieści. Poczekacie i Wy.
Dodam parę fotek, między innymi tego czym starał się mnie karmić mój Luby :)
Tu macie slicznościową deskę do longboardu. Jestem głęboko zakochana.
tak niektórzy grywają w Diablo.
Najlepsza lazania świata. Ale tak serio. Nie wyobrazam sobie, żeby ktoś, gdzieś, kiedyś zrobił lepszą.
Nasz czarny makaron :D Wyglada ohydnie, wiem :D Ale uwierzcie, naprawdę jest/był smaczny :)
quesadillas w wersji wilczej.
A tu widac, że gram w Simsy 3 Nie z tego świata :D Jestem oczywiście wąpierzem, a Wilk jest eeee wilkołakiem :) Tak wiem, że mam 28 lat. I don't care :)
sobota, 22 września 2012
Vincent Price
Czas się zbliża,ale jeszcze nie nadszedł.
Halloween.
Ci co mnie znają, wiedza, że mam wielkiego zajoba na tym punkcie. Horrory (ale te ze smaczkiem! za slasherami nie przepadam, won Piły i hostele!), opowieści z dreszczykiem, wydrążone dynie i na tony czarownic. Bardzo zazdraszczam Amerykanom tego nastroju jesiennego, tej całej otoczki. Jakoś nigdzie indziej tak się nie przyjęło, chociaż wiem, że całkiem spore grono osób by sobie tego życzyło.
Do halloween został trochę ponad miesiąc. Ale nic nie szkodzi, bo dzis sobota, za oknem FA-TAL-NIE, zimno, wieje,popaduje, a ja ściągam własnie kilka perełek z Vincentem. Price'em oczywiście. Jako szalona fanka Poe'go, nie moge nie kochać również Vincenta. Ach, do dzis pamiętam jak swojego czasu (kilka dobrych lat temu) chyba Program 1 miał w zwyczaju puszczać w soboty wczesnym popołudniem(?) stare klasyki horrorów. Boże jedyny, co to była za radość. Przeważnie oscylowało to w porze, gdy moja na wskroś wtedy poznańska Mama, miała ten typowo wielkopolski pęd do sobotnich porządków. Byłam oczywiście główną angażowaną... ale jakoś udawało mi się te trochę ponad godzinke wydębić na Vincenta. Bo to własnie przeważnie Vincent królował na ekranie. Byłam spocona z wrażenia oglądając Grobowiec Ligei z 1964.
Tak czy siak dziś po kiepskiej nocy, smętnym wieczorze dnia poprzedniego i smutnym poranku, postanowiłam dać sobie odpocząć myslom. Powinnam niedługo stac sie szczęśliwą posiadaczką 3 filmów z Vincentem. Zamierzam zmusić kota do oglądania tegoż ze mną, ukryta pod kołdra i kocem. W ramach buntu, na piżame założyłam sweter i tak będę dziś trwać.
W takich chwilach tęsknię trochę za TV (nie mam, nie oglądam juz kilka dobrych lat) i za np. takim maratonem horrorów.Wyobrazcie sobie te piekna czołówkę czarno-białą na ekranie! Te muzykę! Świadomość, że właśnie na kilka godzin zniknie calutki smętny świat, gdzieś tam w poświacie szklanego ekranu. Do tego dzbanek herbaty na podgrzewaczu, jakieś mikro podgryzacze, wielkie ciepłe skarpety, koc... bajka <3 Fajnie, nie?
Tak czy siak to moja dzisiejsza sobota. Nadchodzi dość ciężki tydzień dla mnie, pod wieloma względami i przyznaje, że się zwyczajnie boję. Dlatego teraz dam się poprowadzić Vincentowi w nieco bardziej tajemne krainy i odmienne uczucie strachu.
Halloween.
Ci co mnie znają, wiedza, że mam wielkiego zajoba na tym punkcie. Horrory (ale te ze smaczkiem! za slasherami nie przepadam, won Piły i hostele!), opowieści z dreszczykiem, wydrążone dynie i na tony czarownic. Bardzo zazdraszczam Amerykanom tego nastroju jesiennego, tej całej otoczki. Jakoś nigdzie indziej tak się nie przyjęło, chociaż wiem, że całkiem spore grono osób by sobie tego życzyło.
Tak czy siak dziś po kiepskiej nocy, smętnym wieczorze dnia poprzedniego i smutnym poranku, postanowiłam dać sobie odpocząć myslom. Powinnam niedługo stac sie szczęśliwą posiadaczką 3 filmów z Vincentem. Zamierzam zmusić kota do oglądania tegoż ze mną, ukryta pod kołdra i kocem. W ramach buntu, na piżame założyłam sweter i tak będę dziś trwać.
W takich chwilach tęsknię trochę za TV (nie mam, nie oglądam juz kilka dobrych lat) i za np. takim maratonem horrorów.Wyobrazcie sobie te piekna czołówkę czarno-białą na ekranie! Te muzykę! Świadomość, że właśnie na kilka godzin zniknie calutki smętny świat, gdzieś tam w poświacie szklanego ekranu. Do tego dzbanek herbaty na podgrzewaczu, jakieś mikro podgryzacze, wielkie ciepłe skarpety, koc... bajka <3 Fajnie, nie?
Tak czy siak to moja dzisiejsza sobota. Nadchodzi dość ciężki tydzień dla mnie, pod wieloma względami i przyznaje, że się zwyczajnie boję. Dlatego teraz dam się poprowadzić Vincentowi w nieco bardziej tajemne krainy i odmienne uczucie strachu.
wtorek, 18 września 2012
Wieści z frontu
Żyję, żyję i trwam jakby co.
Wiem, że smęce ost. Przyjęłam wszelakie OPR na klatę (gustownie odzianą).
Naprawdę poza praca nigdzie nie bywam więc nawet nie mogę Was uraczyć zdjęciami jakimikolwiek. Aczkolwiek istnieje szansa, że za jakiś czas będę mogła tu obwieścić pewne nowiny/zmiany/plany realne bardzo.
Wiadomo, że jak u mnie zmiany to zmiany od razu z przytupem, kastanietami i rozbijaniem butelek(po coli) czyli zmiany duże, rozległe, zmieniające mój kierunek o gazylion stopni (jestem lamusem z matematyki, nie każcie mi pisać ile dokładnie stopni, bo wstyd będzie jak się pomylę).
Tak więc trzymać kciuki, wysyłać modły do Bozi/Boziów czy innych szatańskich pomiotów - co komu pasi bardziej.
Zmiany są bardzo fajne. W sumie zawsze, chociaż wiadomo, że początki bywają ciężkie i przerażające. Każde, nie tylko te zmianowe. Jednak ja, jako ta zaprawiona w bojach
, niemal Starsza Zmianowa (powinnam mieć taką odznakę czy coś) sie nie boję. Oczekuję.
Już dawno sie pogodziłam z tym, że moje życie najprawdopodobniej nigdy nie będzie takie normalne. Rodzina, dom, dzieci, mieszkanie, czy stała, normalna praca. Wizyty w przedszkolach, wywiadówki, zakupy wszelkiej treści co sobotę. Czasem jest mi tego żal i bym trochę chciała. Bo wiadomo - zmęczona już nieludzko jestem życiem jakie prowadzę, ale..no własnie. Zawsze jest jakieś ALE. Zawsze. Wyskakuje prędzej czy później i tańczy mi przed morda , np. kankana. I co wtedy robić? Nie zignoruje kankanującego ALE. Nie da rady.
Co do mojego zdrowia - jest trochę lepiej. Zobaczymy jak to tam dalej pójdzie. Zdaje sobie sprawę, że jedzenie na "mój sposób" nie jest jedzeniem prawie wcale. I prowadzę mało higieniczny styl życia ostatnio, nad czym ubolewam, ALE powiedzmy, że to już nie leży za bardzo w moich rękach. W każdym razie - żyję. No.
Poza tym odkryłam zabawna rzecz : jak pójdę z Grubalda na szczepienie do weta przed południem to zapłacę 400 ileś koron, a jak po południu to już ponad 600. WTF?
Oczywiście, wybieram się przedpołudniem, taka jestem oszczędna ;)
Chwaliłam się, że zjedliśmy nasz czarny makaron? Do carrrrbonarrrrrry <3 Wyglądało wyjątkowo odrzucająco :D , ale przyznaje, że ten czarny makaron to jednak pyszny był. Co prawda miałam wrażenie, że jem takie małe kabelki (do wrażenia dowaliło swoje gotowanie na al dente), ale i tak weszło jak złoto.
Boże jakie bzdury dziś napisałam. Wybaczcie. Ja sobie już dawno wybaczyłam i odpuściłam.
Wiem, że smęce ost. Przyjęłam wszelakie OPR na klatę (gustownie odzianą).
Naprawdę poza praca nigdzie nie bywam więc nawet nie mogę Was uraczyć zdjęciami jakimikolwiek. Aczkolwiek istnieje szansa, że za jakiś czas będę mogła tu obwieścić pewne nowiny/zmiany/plany realne bardzo.
Wiadomo, że jak u mnie zmiany to zmiany od razu z przytupem, kastanietami i rozbijaniem butelek(po coli) czyli zmiany duże, rozległe, zmieniające mój kierunek o gazylion stopni (jestem lamusem z matematyki, nie każcie mi pisać ile dokładnie stopni, bo wstyd będzie jak się pomylę).
Tak więc trzymać kciuki, wysyłać modły do Bozi/Boziów czy innych szatańskich pomiotów - co komu pasi bardziej.
Zmiany są bardzo fajne. W sumie zawsze, chociaż wiadomo, że początki bywają ciężkie i przerażające. Każde, nie tylko te zmianowe. Jednak ja, jako ta zaprawiona w bojach
, niemal Starsza Zmianowa (powinnam mieć taką odznakę czy coś) sie nie boję. Oczekuję.
Już dawno sie pogodziłam z tym, że moje życie najprawdopodobniej nigdy nie będzie takie normalne. Rodzina, dom, dzieci, mieszkanie, czy stała, normalna praca. Wizyty w przedszkolach, wywiadówki, zakupy wszelkiej treści co sobotę. Czasem jest mi tego żal i bym trochę chciała. Bo wiadomo - zmęczona już nieludzko jestem życiem jakie prowadzę, ale..no własnie. Zawsze jest jakieś ALE. Zawsze. Wyskakuje prędzej czy później i tańczy mi przed morda , np. kankana. I co wtedy robić? Nie zignoruje kankanującego ALE. Nie da rady.
Co do mojego zdrowia - jest trochę lepiej. Zobaczymy jak to tam dalej pójdzie. Zdaje sobie sprawę, że jedzenie na "mój sposób" nie jest jedzeniem prawie wcale. I prowadzę mało higieniczny styl życia ostatnio, nad czym ubolewam, ALE powiedzmy, że to już nie leży za bardzo w moich rękach. W każdym razie - żyję. No.
Poza tym odkryłam zabawna rzecz : jak pójdę z Grubalda na szczepienie do weta przed południem to zapłacę 400 ileś koron, a jak po południu to już ponad 600. WTF?
Oczywiście, wybieram się przedpołudniem, taka jestem oszczędna ;)
Chwaliłam się, że zjedliśmy nasz czarny makaron? Do carrrrbonarrrrrry <3 Wyglądało wyjątkowo odrzucająco :D , ale przyznaje, że ten czarny makaron to jednak pyszny był. Co prawda miałam wrażenie, że jem takie małe kabelki (do wrażenia dowaliło swoje gotowanie na al dente), ale i tak weszło jak złoto.
Boże jakie bzdury dziś napisałam. Wybaczcie. Ja sobie już dawno wybaczyłam i odpuściłam.
sobota, 8 września 2012
bardziej przyziemnie, życiowo, a więc smutno.
Jestem chora więc jakoś nie piszę, nie robię zdjęć, nie doświadczam nowych super hiper uniesień.
Za bardzo nie wiadomo na co jestem chora i chyba po raz 1wszy w życiu przez tak długi czas czuje się aż tak źle. Starość? Te 28 lat?
Wiem, zrobiło się smutno teraz, bo pewnie sobie myślicie, że umieram na norweską odmianę choroby wściekłych łosi. Zaplanowałam już pogrzeb lata temu - nic mnie nie zaskoczy ;) Pamiętajcie tylko wszyscy o Grubaldzie i żeby dostarczyć Ją jakoś do mojej Mamy!! Nie pozwólcie, żeby tu została sama..na miłość boską, bo przysięgam, że będę Was wszystkich razem i z osobna nawiedzać i to w wyjątkowo paskudny sposób (nie na darmo jestem najprawdopodobniej Waszą najbardziej naoglądaną horrorów znajomą), wiem jak uprzykrzyć Wam noce w razie co. I te pózno jesienne, szare dni też.
Skoro już zakończyliśmy część umieralno - strasząco - grożącą to teraz mogę dalej pomarudzić, że bardzo nadal jestem nostalgiczna. Bardzo tęsknię za domem. Ale tak potwornie. Home sick w całej okazałości i rozciągłości i sama się własnie nad sobą użalam i aż mi oczy zwilgotniały, o.
W moim przypadku bycie "home sick" jest o tyle ciężkie, że od dobrych już paru lat nie mam tego domu i się tułam, co niektórzy z Was dobrze wiedzą.
Już nie dla mnie jesienne powroty do DOMU na gorący sok malinowy z melisą. Taki wiecie jaki powrót : kiedy na dworze wieje, szarga tymi naszymi chustami, szalikami, liście już w większości pospadały, a kaloryfery rozkosznie proszą o położenie na nich stóp w grubaśnych skarpetach. No i książka do tego.
Naprawdę nie doceniałam tego jak piękne miałam dzieciństwo i całe nastoletnie lata. Niewdzięczna ja.
A teraz tylko to mi zostało : ciągłe wałkowanie wspomnień. Tych wszystkich jesieni, książek, wielkich kubków z herbatą, "słodkim" z mamą.
Ostatnio tez bardzo rozpaczałam, że jestem skazana na życie wspomnieniami z lat nastu. Straszne to życie, uwierzcie.
Jestem bardziej pogubiona i smutna niż kiedy miałam te drazliwe 17 lat. W dodatku nie posiadam już wielkiego, butelkowo zielonego pokoju, ze starą szafą i wielkim łóżkiem, w którym mogłabym się zaszyć i siedzieć i bręczeć i płakać i wszystko.
Ach Dorosłość...dlaczegóż Ty jesteś Dorosłość... taka smętna parafraza.
No przepraszam za ten dzisiejszy wpis. Bardziej przypomina notkę na mój drugi, głęboko skrywany blog, który prowadzę chyba od 10 lat jak nie więcej? Taki gdzie się jest zawsze EMO i zawsze wieje wiatr i jest się nieszczęśliwym i samotnym i nikt Cie nie rozumie. Tak - mam taki.
Tak czy siak umieszczam to tu, ponieważ chciałabym pokazać tym, którzy myslą, że ja zawsze mam fajnie i super, a moje kłopoty to jak z sitcomu są wiec to żadne kłopoty, że też mam gorsze okresy i nawet Norwegia mi nie pomaga.
Nota bene...biorę udział w tegorocznej loterii wizowej. Może jednak to o czym się marzyło całe lata, to to do człowiek powienien dążyć? Nikt od tego nie umrze, tak czy owak, spróbować mogę.
Za bardzo nie wiadomo na co jestem chora i chyba po raz 1wszy w życiu przez tak długi czas czuje się aż tak źle. Starość? Te 28 lat?
Wiem, zrobiło się smutno teraz, bo pewnie sobie myślicie, że umieram na norweską odmianę choroby wściekłych łosi. Zaplanowałam już pogrzeb lata temu - nic mnie nie zaskoczy ;) Pamiętajcie tylko wszyscy o Grubaldzie i żeby dostarczyć Ją jakoś do mojej Mamy!! Nie pozwólcie, żeby tu została sama..na miłość boską, bo przysięgam, że będę Was wszystkich razem i z osobna nawiedzać i to w wyjątkowo paskudny sposób (nie na darmo jestem najprawdopodobniej Waszą najbardziej naoglądaną horrorów znajomą), wiem jak uprzykrzyć Wam noce w razie co. I te pózno jesienne, szare dni też.
Skoro już zakończyliśmy część umieralno - strasząco - grożącą to teraz mogę dalej pomarudzić, że bardzo nadal jestem nostalgiczna. Bardzo tęsknię za domem. Ale tak potwornie. Home sick w całej okazałości i rozciągłości i sama się własnie nad sobą użalam i aż mi oczy zwilgotniały, o.
W moim przypadku bycie "home sick" jest o tyle ciężkie, że od dobrych już paru lat nie mam tego domu i się tułam, co niektórzy z Was dobrze wiedzą.
Już nie dla mnie jesienne powroty do DOMU na gorący sok malinowy z melisą. Taki wiecie jaki powrót : kiedy na dworze wieje, szarga tymi naszymi chustami, szalikami, liście już w większości pospadały, a kaloryfery rozkosznie proszą o położenie na nich stóp w grubaśnych skarpetach. No i książka do tego.
Naprawdę nie doceniałam tego jak piękne miałam dzieciństwo i całe nastoletnie lata. Niewdzięczna ja.
A teraz tylko to mi zostało : ciągłe wałkowanie wspomnień. Tych wszystkich jesieni, książek, wielkich kubków z herbatą, "słodkim" z mamą.
Ostatnio tez bardzo rozpaczałam, że jestem skazana na życie wspomnieniami z lat nastu. Straszne to życie, uwierzcie.
Jestem bardziej pogubiona i smutna niż kiedy miałam te drazliwe 17 lat. W dodatku nie posiadam już wielkiego, butelkowo zielonego pokoju, ze starą szafą i wielkim łóżkiem, w którym mogłabym się zaszyć i siedzieć i bręczeć i płakać i wszystko.
Ach Dorosłość...dlaczegóż Ty jesteś Dorosłość... taka smętna parafraza.
No przepraszam za ten dzisiejszy wpis. Bardziej przypomina notkę na mój drugi, głęboko skrywany blog, który prowadzę chyba od 10 lat jak nie więcej? Taki gdzie się jest zawsze EMO i zawsze wieje wiatr i jest się nieszczęśliwym i samotnym i nikt Cie nie rozumie. Tak - mam taki.
Tak czy siak umieszczam to tu, ponieważ chciałabym pokazać tym, którzy myslą, że ja zawsze mam fajnie i super, a moje kłopoty to jak z sitcomu są wiec to żadne kłopoty, że też mam gorsze okresy i nawet Norwegia mi nie pomaga.
Nota bene...biorę udział w tegorocznej loterii wizowej. Może jednak to o czym się marzyło całe lata, to to do człowiek powienien dążyć? Nikt od tego nie umrze, tak czy owak, spróbować mogę.
sobota, 1 września 2012
Jesiennie, nostalgicznie, jedzeniowo.
W taki dzień jak dziś jestem bardzo sentymentalna.
Wie o tym moja Przyjaciółka, bo wysłałam Jej mejla na fali tej nostalgii.
Czułam, że mnie złapie już tak od wczoraj w sumie.
Pogoda - wczesna jesień, piękne niebo, słońce, ale już czuć w powietrzu, że to nie lato.
Taki jakiś nieuchwytny zapach jesieni. Nie wiem na czym to polega. Po prostu jest inaczej i wiesz.
Wyobraziłam sobie jesienny Poznań w gronie Tych Najbliższych. Kawusie, rurki z bitą śmietaną od Liczbańskiego, obiad w Pyra barze, zakupy na placu Wielkopolskim (koniecznie dojrzałe śliwki, takie fioletowo-rubinowe, że az pestka sama odchodzi). Generalnie szwęd taki po Starym Rynku i okolicach.
Zatęskniło mi się.
A to wszystko przez ten specyficzny zapach powietrza.
W glorii na chwale mieliśmy przylecieć do Poz na parę dni, własnie w tym terminie, ale rzeczywistośc nas "dobjaczyła" no i cóż. Zagram w tym tygodniu w loterie Wiking. Jak wygram to przylatujemy i robimy wielki piknik na cytadeli, ok? :)
A póki co to spędzam ciepły łikend w Oslo, niemiłosiernie się nudząc. Tak wyszło jakoś.
Czekam na niedoczekane i tak sobie, trwam.
I nie ma zdjęć dzis o!
No dobra, moze znajde jedno jakieś takie "z dupy".
A tak na marginesie dodam, że nastroiłam się do pichcenia ( O cudzie!!) i postanowiłam zrobić:
- zupę - krem z pieczarek
- ciasto o wstrzasającej nazwie: BANOFFEE PIE.
Wie o tym moja Przyjaciółka, bo wysłałam Jej mejla na fali tej nostalgii.
Czułam, że mnie złapie już tak od wczoraj w sumie.
Pogoda - wczesna jesień, piękne niebo, słońce, ale już czuć w powietrzu, że to nie lato.
Taki jakiś nieuchwytny zapach jesieni. Nie wiem na czym to polega. Po prostu jest inaczej i wiesz.
Wyobraziłam sobie jesienny Poznań w gronie Tych Najbliższych. Kawusie, rurki z bitą śmietaną od Liczbańskiego, obiad w Pyra barze, zakupy na placu Wielkopolskim (koniecznie dojrzałe śliwki, takie fioletowo-rubinowe, że az pestka sama odchodzi). Generalnie szwęd taki po Starym Rynku i okolicach.
Zatęskniło mi się.
A to wszystko przez ten specyficzny zapach powietrza.
W glorii na chwale mieliśmy przylecieć do Poz na parę dni, własnie w tym terminie, ale rzeczywistośc nas "dobjaczyła" no i cóż. Zagram w tym tygodniu w loterie Wiking. Jak wygram to przylatujemy i robimy wielki piknik na cytadeli, ok? :)
A póki co to spędzam ciepły łikend w Oslo, niemiłosiernie się nudząc. Tak wyszło jakoś.
Czekam na niedoczekane i tak sobie, trwam.
I nie ma zdjęć dzis o!
No dobra, moze znajde jedno jakieś takie "z dupy".
A tak na marginesie dodam, że nastroiłam się do pichcenia ( O cudzie!!) i postanowiłam zrobić:
- zupę - krem z pieczarek
- ciasto o wstrzasającej nazwie: BANOFFEE PIE.
wtorek, 28 sierpnia 2012
Hovedoya, czyli w końcu popłynęliśmy na wyspę.
Dziś parę powodów, dla których z takim trudem przyszłoby mi/nam zrezygnować z Norwegii. Wilk kazał napisać, że wyjechalibyśmy z Norwegii tylko dla Californii (tak, żeby wszyscy wiedzieli jaki mamy dobry gust).
Wczoraj po dość ciężkim poranku i przedpołudniu postanowilismy popłynąć na wyspę. Te najbliższą - Hovedoya. Pogoda była zadziwiająca. Cały, ale to calutki dzień niebo było soczyście błękitne, ani jednej chmurki, zero wiatru(tylko na wodzie), za to dziś od rana ciężkie chmury i deszcz- stara, dobra, norweska śpiewka...
Tak czy siak - pogoda nas rozpieściła do granic. Nie ruszałam żadnego zdjęcia żadnym szopem, z resztą to tylko zwykłe fotki z telefonu, a jednak...ach ach :) Dorzucam też czaszkowe cukierki i nowa wielka miłość Wilka.
Wcale nie tak płytko..a jak ładnie widać!
Siedzieliśmy z takim widokiem jakąś godzinę.
To zdecydowanie moje ulubione zdjęcie, kolory wyszły smaczne.
Cukierki z napisem "Bubs" w lokalnym spożywczaku ;)
Sobotnia kawa i ciacho (później obiad) poza Oslo u Rodziny.
Niemieccy sąsiedzi pojechali sobie na wakacje zostawiając niefrasobliwie wielkiego Norwega samopas...Wmeldował się Cioci do domu,a także...
...komuś na kolana ;) Miłość wielka.
Wilk szedł zanieść CV więc postanowił być "fensi".
Tak czy siak - pogoda nas rozpieściła do granic. Nie ruszałam żadnego zdjęcia żadnym szopem, z resztą to tylko zwykłe fotki z telefonu, a jednak...ach ach :) Dorzucam też czaszkowe cukierki i nowa wielka miłość Wilka.
Wcale nie tak płytko..a jak ładnie widać!
Siedzieliśmy z takim widokiem jakąś godzinę.
To zdecydowanie moje ulubione zdjęcie, kolory wyszły smaczne.
Cukierki z napisem "Bubs" w lokalnym spożywczaku ;)
Sobotnia kawa i ciacho (później obiad) poza Oslo u Rodziny.
Niemieccy sąsiedzi pojechali sobie na wakacje zostawiając niefrasobliwie wielkiego Norwega samopas...Wmeldował się Cioci do domu,a także...
...komuś na kolana ;) Miłość wielka.
Wilk szedł zanieść CV więc postanowił być "fensi".
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































