wtorek, 15 maja 2012

Home sick i Ulubiony Szwed.

Dziś jadąc 20 minut autobusem, gdzieś tam z wygnajewa górskiego, mogłam sobie oglądać potopione w słońcu wszystkie style architektoniczne domów w Norwegii. Boże jedyny jak im zazdroszczę. Tak samo jak i właścicielom mieszkania, w którym dziś byłam. TEN widok. TA wanna :D Coraz dotkliwiej odczuwam brak swojego kąta. Dość mam obcych ludzi na chacie, ciągłych przeprowadzek. Tego, że przed zakupem ślicznej puszki na ciastka, hamuje mnie wizja tego, że któryś z pół debili, z którymi jestem zmuszona mieszkać, zepsuje, pobrudzi, ukradnie etc.etc.
Ostatnio nawet spędziłam miłą godzinkę buszując po portalu norweskim, na którym jest pełno ogłoszeń o wynajem domów/mieszkań. Zakochałam się parę razy, wygrało jednak mieszkanie w loftach. Absolutnie podbiło moje serce. Już miałam wizję watahy odwiedzających nas znajomych, których mogę gościć z honorami w drugiej sypialni...tak, tak. Problem w Norwegii z wynajem jest taki, że płacimy z góry przeważnie 3krotną kaucję..czyli na dzień dobry muszę mieć ok 25 tys.koron plus 1wszy czynsz. tak to wygląda. I często też życzą sobie rekomendacje od poprzedniego właściciela, u którego mieszkaliśmy... Czy uwzględnią opinię Taty...?

Nastąpiła też wiekopomna chwila : Wilk dostał 1wszą wypłatę. Zakupy były przemyślane i odpowiedzialne przy czym nadal fajne i ładne :D a wspominam o tym, ponieważ dzięki temu spotkaliśmy w Carlingsie tak cudownego, wspaniałego Szweda, że słów nie mam. Jak wyjęty z lat 70, wyluzowany, świetnie ubrany niby od niechcenia, a jednak z "tym czymś". Naprawdę. Nie mogliśmy dojść do porozumienia, które z nas bardziej się w Nim zakochało : ja czy Wilk. Nabyliśmy bluzę dla Wilka, tak nadmienię. Jak mi ktoś jeszcze raz kiedyś wspomni, że Szwedzi to jakieś dziwadła osobliwe, mruki etc.etc. to zatłukę delikwenta czym będę miała pod ręką. Choćby szwedzkim klopsikiem z Ikei.
Póki co odliczam czas do wyjazdu do mamy - minął prawie rok odkąd się ost. widziałyśmy ..i tak być nie może. Dużo planuję, rozmyślam, ogarniam wstępnie. Co z tego winiknie - mam nadzieję pochwalić się już niedługo. Teraz kilka zdjęć.

                                             
                                            "Moje" mieszkanie, które wynalazłam z ogłoszenia. Może poczeka do jesieni...

                                                 A tak wygląda "moje" mieszkanie z zewnątrz.

                                                        Takie tam o z wczorajszego spaceru do pracy.Zaraz obok był Narvesen, w którym Pan Właściciel prosił, żebym "znalazła przebaczenie w swoim sercu dla Niego za to, że nie miał coli" :D
                                                Taki tam ktoś ma widok.                              
                                              Zwykły taki widok z salonu.
           

                                                   W stole się zakochałam, chociaż drań paskudnie się myje.
                                                             Wydrążony pieniek. W środku kabelek i żarówka. Dajesz abażur i voila!
                                                     Wielka wanna, w której spędziłam ponad pół h. ...\szorując ją ;)
                                                        Fajne, fajne.
                                                       Element pokoju dziecinnego.
                                                         Widok "sprzedomem"
                                                       Jakże pomysłowo i uroczo pani Domu sobie urozmaiciła komodę. Każda gałeczka inna.



                                                 Bogactwo :D
                                     Kolejny ten sam widok. I tak, tam po lewej to morze. Zatoka w sumie.
                                                            eh

środa, 9 maja 2012

Mada Boska od Tatuaży - C'est moi.

Nudy dzień 3.
Jutro już idę do pracy. Na szczęście, bo jestem bliska obłędu z tego siedzenia z kotem w domu. Co z tego, że wysprzątałam sypialnie Taty czy porobiłam pranie? Nienawidzę tak z dupy tkwić w domu. Bez sensu zupełnie.
Uskuteczniam zatem rajd po blogach DIY, kulinarnych (odkryłam w sobie chęć do pieczenia - gotowanie nadal mnie odrzuca) Z tychże nudów dziś nawet się umalowałam. Jak to zwykle bywa, makijaż zrobiłam sobie absolutnie przepiękny ( w mojej opinii), bo.... nie muszę nigdzie wychodzić :] Gdybym własnie szła na imprezę roku czy na randkę z moim przyszył mężem, zapewne jedno oko wyglądałoby jak u Kleopatry, a drugie jak od batmanowego Jockera. Od 3 dni łażę w tych samych ciuchach (nawet zrobiłam zdjęcie, żebyście mogli zobaczyć, taka jestem) i bezwstydnie nie zakładam stanika. Niech chociaż jedną torturę mniej będzie. Z okazji totalnego nic-nie-mam-do-roboty  bawiłam sie kamerką w laptopie, co zaowocowało toną zdjęć a la Bozia. Lubię siebie w wersji Na Bozię. Już jak byłam mała, przywdziewałam szale i firanki na łeb i udawałam Bozię. Babcia myślała, że Pannę Młodą...cóż.... Jako, że jestem Mada Boska od Tatuaży czuję pełne prawo do pozowania na niegrzeczną, nieco zdeprawowaną Bozię. Liczę po cichu, że kiedyś dane mi będzie zrobić taką sesję foto z prawdziwego zdarzenia czym zapewne przyprawie o zawał serca własnego, bardzo bogobojnego na stare lata, Ojca.
Z norweskich wieści...cóż, jako, że brak kasy to siedzę na dupie. Po wypłacie/wypłatach zamierzamy udać się na niezbędne zakupy, co zaowocuje zapewne nowym zdjęciami, opowieściami etc.etc.
Póki co pogrążam się w marzeniach o tym jak już z Wilkiem mamy(wynajmujemy) swoje, urocze mieszkanie, gdzieś przy porcie i przylatują do nas znajomi z Polski i ja ich uraczam domowymi ciastkami, które tym razem mi wyszły i wszyscy jesteśmy szczęśliwi.
Planuję też sierpniowy wyjazd do mamy i siostry - Belgia (oh, czekolado najlepsza na świecie i tony napoleonek <3 ), których to już nie widziałam rok... Mamy i siostry, nie napoleonek. Napoleonkę ostatnio widziałam w grudniu. Średnia była. Jak każda, którą konfrontuję z belgijskimi. Powiedzmy, że to tak jakby postawić na ringu Muhammad'a Ali i Najmana :] Przy czym belgijskie napoleonki to Muhammad oczywiście.
Poza tym przymierzam się już całkiem poważnie do zmiany koloru włosów. Na niebiesko bądź fioletowo. W sumie to obydwa, tylko nie wiem, który wjedzie pierwszy.
Własnie widzę, że samoczynnie czcionka mi się zmienia co chwilę..skandal.
Póki co, zdjęcia. :) wyjątkowo bez portu ;)
                                                    Burdel w tle, a rękawy niedokończone, co jest zupełnym skandalem.
                                            Mój ałtfit od dni trzech. Koszulkę kupiłam przez przypadek, zapominając ją odwiesić i dając pani wszystkie rzeczy razem. O czym przekonałam się w domu.
                                              Czasem jestem Bozią we własnym domu.
                                                Bozia Szczodra -daje co ma czyli nic.
                                            Grubalda w trakcie sjesty, Ten oto mój palec ją przytrzymuje. Parę sekund po zrobieniu zdjęć, sturlała się z łóżka.
                                                Moja <3

poniedziałek, 7 maja 2012

Kolejny portowy weekend.

Standardowo znów weekend w porcie :) Trza korzystać z tak nagle danego nam dnia wolnego razem (współpracownik ..ekhm...Wilka, który słucha disco polo, MA 21 lat, NIE MA dwóch przednich zębów oraz odrobiny klasy, a także kradnie naszym sąsiadom rowery, potem usiłując je opchnąć każdemu -  zachlał w sobotę i nie bardzo był w stanie pracować. Taki szybki obrazek standardowego polaczka za granicą, a już na pewno w Norwegii) Tak czy siak, niedziela była wolna i ruszyliśmy do portu. Wilk chciał zobaczyć wystawę klocków Lego, niestety zwinęli się dzień wcześniej... Sorry, Hihora za brak zdjęcia szturmowców-naprawdę chciałam!
                                                       
                                 Jest nam ciężko być razem na tym samym zdjęciu, bo głównie ja wychodzę jak debil, ale oto sposób....
                                                    Również fajowa kawa z "kiosku" i muffin czekoladowy. Oraz wilkowy                        dziób.
                                                     Dla Hihory.

                                                   Grubalda przed domem.
                                                          Grubalda przed domem w amoku.
                                                     Chwale się wykurwistą koszulką. Są szkieletowe syrenki, jest statek, kotwica, morze, wszyyyystkoooo.
                                                    Rozgwiazdy :D
                                                 Pan statek rodem z Rosji.

piątek, 4 maja 2012

Taki miszmasz dziś wrzucę. Miało być kolejne cudowne mieszkanie, tym razem z Aker Brygge, ale zapomniałam porobić foty...w ferworze walki za to sfociłam kota Właściciela - Hades się zwie i jest absolutnie przepiękny <3 Main Coon jak mniemam. I te prze błękitne ślepia, ahhhhhhh <3 W ogóle nadzwyczaj ciekawskie i towarzyskie są te koty w Norwegii. Moja Grubalda jak widzi obcego to nie ma specjalnie parcia na znajomości. A te i owszem. To już drugi, który "pomagał" mi sprzątać. Nie liczę Bożydara, który był/jest Kotem Absolutnym. Hades na przykład bardzo był zafascynowany lecącą wodą po szybie od prysznica czy tym jak szorowałam sedes :D Jak również w momencie , gdy myłam wannę, pochylona poczułam sie co najmniej obserwowana.... odwróciłam się niczym ze sceny w horrorze- w zwolnionym tempie i tuż za moim lewym ramieniem, na umywalce, także pochylony nad wanną tkwił Hades. Wlepiał  te zajebiście niebieskie oczy w moją twarz, po czym znów kontynuował przyglądanie się wannie. Cudo nie kot. Tylko, że jak przychodzi do sprzątania takiej puchatej kociej sierści w kolorze złamanej bieli, z szarej kanapy i foteli, odkurzaczem, który się wyładowuje po 15 minutach sprzątania i w dodatku średnio jakoś wciąga...to się trochę odechciewa i człowiek zaczyna się łapać na tym, że zerka coraz częściej w stronę golarki do włosów...
Tak czy siak, kochamy Hadesa <3 Aczkolwiek jest wiercipiętą i zrobienie mu odpowiedniego zdjęcia było niemal niemożliwe. Cóż, sami ocenicie.
  Co tam jeszcze? A chyba jakieś dni się w Oslo zaczęły promocyjne pt:Kochamy Danie. W porcie stoi wielki, piękny statek, po promenadzie  biegają piraci i wielki pluszowy rekin <3 stoi Hagrid z klocków Lego i szturmowcy z Gwiezdnych wojen oraz Harry Potter :) Bardzo przyjemnie. Woda z okazji deszczu stała się bardzo czysta i przejrzysta i bez problemu widziałam rozgwiazdy na dnie czy poprzyczepiane do belek podtrzymujących promenadę. Niestety mój aparat w telefonie nie jest jakiś super hiper i nie uchwycił, ale i tak wrzucę zdjęcia może ktos coś zauważy ;) Przed pracą wypiłam też szybką kawę w ukochanym Kaffebrenneriet - padał deszcz i musiałam się rozgrzać. Pierwszy raz nie brałam na wynos, tylko piłam w kawiarni i podali mi moje cafe au lait w...miseczce <3 byłam zachwycona. Co prawda teraz jakoś nadzwyczaj mnie mdli - co już fajne nie jest, ale i tak- nie żałuję. Chociaż już wiem, że kawy tego typu nie powinnam pić tak na szybko, w biegu.

                                                              Statek z Danii :)
                                                             Kawa w misce :P
                                                        Tam są rozgwiazdy :P
                                                           Hades.



sobota, 28 kwietnia 2012

       Dziś jest pogoda absolutna. Nagle nastąpiła całkowita zmiana aury i wykorzystaliśmy to niecnie i do cna. O 10 ruszyliśmy sobie na miacho. Co prawda wzięłam zły obiektyw i przeklinałam go calutkie przedpołudnie, ale trochę zdjęć jednak zostało popełnionych. Głównie foty pt "dla rodziny" czyli wiadomo: nudziarstwa, którym jednak staraliśmy się dodać jakiegokolwiek smaczku. Oslo pełne było dziś ludzi, życia, hałasu, muzyki. Miał miejsce też maraton więc generalnie nagle - nie to samo miasto co zawsze. Dotarliśmy też w najdalsze zakątki portu- tam gdzie przycumowane są łodzie.
 Zazdrość nieziemska mnie nagle ogarnęła. Ludzie sobie śpią na tych swoich krypach/motorówkach/super hiper jachtach. Coś pięknego. Ja się zakochałam w dwóch: starej takie już łajbie, calutkiej drewnianej, której , w sumie nie wiem czemu NIE zrobiliśmy zdjęcia i .. różowej, reklamującej Moods of Norway łódeczce z namalowaną syrenką <3 awwwwwwwwwwwwwww.
   Standardowo wypiliśmy nasza ukochaną kawę i zjedliśmy po muffinie z jagodami - da yum!

   Wbiliśmy też do norweskiego Riffa, gdzie Sebastian popadł w radosne osłupienie, a ja robiłam za tłumacza między Nim, a 3 długowłosymi panami. Generalnie przedpołudnie uważam za wyjątkowo udane pod każdym względem. Mam nadzieje, że każdy lub przynajmniej większość łikendów upłynie mi w takim nastroju. Mam Człowieka, z którym absolutnie wszystko jest interesujące. Nawet siedzenie na ławce z kawą. :)

                                                         Sebastian i Bambi
                                            Tu odkrył, że ma zapalniczke, ale fajek to już nie.
                                                           :)
                                                   Rybny na kutrze.
                                                      Najlepsze muffiny i kawa ever!

                                                Z narażeniem życia i kręgosłupa robiłam foto mewie.
                                                      Dziarski Seb.
                                                           Mniej dziarska ja.
                                               łiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii <3 różowy kuter z syrenką.


                                                 Miało nie być gejowsko...
                                             Następne 3 foty obrazują taniec na rurze w wykonaniu naszej uroczej tancerki                         z Polski.


                                                     Love wszech czasów.
                                                       Zakotwiczony.

                                                                Bambi nr 2

środa, 25 kwietnia 2012

Takie szybkie blabla

    Aktualnie mam przestój w pracy, aż do jutra więc znudzona - planuje. Szkicuje, rysuje, pisze. Mam mnóstwo pomysłów na "robienie mebli" więc szybko muszę je zapisywać, bo naprawdę mam wieeelkieee problemy z pamięcią krótkotrwałą. Szlag mnie trafia, bo oczywiście najlepsze natchnienia spływają na mnie np. w tramwaju  linii 12, gdzieś w okolicy Aker Brygge bądź w autobusie na Lyssaken i naprawdę, ale to naprawdę moja choroba lokomocyjna nie pozwala mi choćby napisać smsa, a co dopiero zapisywać jakieś tam pomysły na karteluszkach. Mogłabym oczywiście na dyktafon to nagrywać, ale dostatecznie czuję się jak idiotka gdy odbieram telefon "na słuchawkach" i wyglądam jakbym mówiła sama do siebie w przestrzeń....
     Przerabiam też swoje tunele, bo stwierdziłam, że kupowanie jakiś super hiper ślicznych, mija się zasadniczo z celem, skoro i tak dalej rozciągam ( myślę, że jeszcze o max. 2 rozmiary). Błogosławię więc lakiery do paznokci, którymi maziam po tunelach :D co prawda, nie jest to proces permanentny, ale zawsze mogę udawać, że tak lubię, bo mogę sobie często zmieniać dizajn uszu ;)
   Aktualnie usiłuję wymyślić jak namalować realistyczną łuskę rybią (zwrot w stronę tematyki malowania mebli) i znów błogosławię te lakiery do pazurów, które mam, bo akurat kolorystyką i "mienieniem się" pasują idealnie. Tak czy siak wszystko, koniec końców jest pokrywane lakierem, czy to matowym czy błyszczącym - 3 warstwy; więc naprawdę wszystko jedno czym namaluję ten czy inny wzór.
Pogodę w Oslo mamy taką se od 2 tygodni. Wczoraj niespodziewanie było ciepło i ładnie, ale znów dziś chmurzyska i wieje. Pogoda górsko-morska , zaiste.
  W weekend jest Konwent tatuażu w Oslo i mamy wszelką nadzieję wybrać się z Wilkiem na niego. Zobaczymy, ale hołpię bardzo intensywnie, iż się uda. Może, akurat kto wie, odnajdę tu kogoś, kto mnie zachwyci i powali, bo nie ukrywam latać z każdą bzdzągwą do PL to jednak trochę problematyczne jest. Oczywiście rękaw nadal kończę u Szerów, a podbrzuszo/brzucho/bok rezerwuję dalej dla Agi ( biedna Aga).
    Mała refleksja o fb - leci już drugi czy 3 chyba tydzień bez fb. Skasowaliśmy konta-oboje. Zero jakiejś "tęsknoty". Nie spodziewałam sie, że pójdzie tak cholernie łatwo! Myślałam, że naprawdę jednak troche uzależniona jestem, a tu proszę, nic, nothing, nada, nul. Żałuję tylko, że zdecydowałam się na to tak późno. Oszczędziłabym sobie wielu, naprawdę wielu stresów, nerwów i przykrości. I teraz to wiem: FB nie pomaga w kontaktach z ludźmi. Nie podtrzymuje przyjaźni, stosunków, znajomości. On je niszczy. How simple is that? Nigdy więcej. Jedyną rzeczą irytującą jest to, że naprawdę dużo firm, ludzi, artystów, wiadomości,których mi akurat trzeba jest dostępnych na fb li i jedynie. TO jest denerwujące, ale jakoś sobie poradzę, myślę.

    Wypadałoby jakieś zdjęcia dać, hm? Cóż ost. nie miałam czasu na latanie z aparatem. Mam nadzieje, że konwent wypali i będę miała co wrzucić, póki co telefoniczne co nieco, obrazujące co tam się dzieje u nas :)
                                            Miłość wilczo-kocia kwitnie.
                                                 A ten Młody Gentleman "pomagał" mi zmieniać pościel w jednym z    
mieszkań.